Moje macierzyństwo powoli wkracza na kolejne tory. Powoli przestaję być mamą dzidziusiów. Córka, choć dwuletnia, stawia swoje pierwsze kroki ku sprawczości. A syn, już poważny pięciolatek, zaczyna realnie myśleć o liczeniu, pisaniu czy czytaniu. Z jednej strony czuję dumę, zaś z drugiej strony lekki niepokój. I wcale niezwiązany z tym, jak będzie wyglądała nauka moich dzieci w przyszłości, czy będą szybko się uczyć, czy raczej przeciętnie. Bardziej martwię się o to, czy ja jako mama będę umiała swoje dziecko ochronić. Czy wystarczy mi odwagi, by zaopiekować się dobrze dzieckiem i sobą samą.

Do czego zmierzam? A do tego, że ostatnio ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi rozmawialiśmy o relacjach, jakie tworzą się w przedszkolu czy szkole między naszymi dziećmi i jak odnoszą się do nich inni rodzice lub ludzie zupełnie niezwiązani z naszymi dziećmi. Chodzi głównie o krytykę czy ciągłe zwracanie uwagi na najróżniejsze rzeczy, począwszy od ubioru po sposoby naszego reagowania na złe, ale i dobre zachowanie dzieci. Po pierwsze, staram się trzymać zdania, że matki nie muszą się tłumaczyć z tego, jak chcą wychować swoje dzieci, jakie wartości chcą im przekazać. Po drugie, uważam, że nie trzeba naszych dzieci stale tłumaczyć, ich zachowań, reakcji, tego, kim są. Wszystko przychodzi z czasem, a my powinniśmy być przy tym, jak kształtują się ich różne emocje i reakcje. Nie zostawiać ich samych, kiedy ewidentnie błądzą lub w przypływie trudnych emocji robią po prostu źle. Powinniśmy raczej być takim ich kompasem, który pokazuje, w którym kierunku dobrze jest podążać, ale dać szansę, by same odkryły właściwą drogę. 

Usłyszałam ostatnio wiele takich historii, w których rodzice zostali zrugani za niereagowanie bądź błędne reagowanie. Wytknięto im błędy wychowawcze często tylko na podstawie pewnych domysłów. Te historie pokazują, jak różnorako jako rodzice reagujemy. Raz chcemy dzieci obronić przed fałszem albo zbyt ostrą krytyką. A dwa, jak niekiedy zdarza nam się wejść w taką nierówną i oskarżającą narrację. Kiedyś, myślę, rodzice również się konfrontowali, szczególnie kiedy dzieci nawzajem sobie zrobiły krzywdę. Dziś mam wrażenie, że rodzice są trochę bardziej odważni w wyrażaniu swojego, nie zawsze słusznego zdania. Albo bardzo krzywdzącego i ostatecznego. Wszystkie te historie wiązały się właśnie z przeżywaniem przez dzieci trudności, czy to w komunikacji, czy z próbą przezwyciężenia swojego niezadowolenia lub sprzeciwu, a czasem po prostu z powodu bycia tym, kim są, i ich stanu zdrowia oraz jak to może wpływać na inne dzieci. 

Tak pokrótce. Pierwsza sytuacja odnosiła się do faktu, że dziecko uderzyło drugie dziecko, ponieważ dzieci nie potrafiły się dogadać. Każda strona ma swoją wersję zdarzeń i zapewne swoje racje. Jednak jeden z rodziców postanowił nękać drugich rodziców telefonami i groźbami przedstawienia sprawy wyższym instancjom. Brzmi poważnie, a chodzi tu o dzieci z pierwszej klasy szkoły podstawowej. Nie chciałabym zupełnie bagatelizować sprawy, aczkolwiek reakcja rodziców dziecka pokrzywdzonego była na tyle krzywdząca, ponieważ nie starano się nawet dowiedzieć, co się stało, jakie były powody sprzeczki i nieszczęsnej bójki, nie brano pod uwagę, że w każdej takie sytuacji są dwie strony medalu, a już z całą pewnością wyrokowali o sposobie wychowania dziecka. Rodzicom „sprawcy” zarzucano obojętność i zbytnią pobłażliwość. Reakcja rodziców dziecka, które dopuściło się przemocy, była bardzo konkretna. Zostało ono napomniane, że wybrało fatalny sposób zażegnania sporu. Co jednak zrobiło na mnie ogromne wrażenie, że to mama dziecka, które uderzyło drugie, podjęła trud sprawdzenia, co się wydarzyło, udała się do nauczycieli z pytaniem, czy takie sytuacje zdarzają się częściej, czy jest jakiś problem, o którym powinna wiedzieć. Nie oskarżała drugiego dziecka, doszukując się wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Uznała błąd swojego syna i odbyła z nim rozmowę wychowawczą. Mama wybrała postawę neutralną wobec zdarzenia, ale pełną miłości wobec własnego dziecka, próbując zrozumieć jego wybuch, jego powody i pomóc mu przezwyciężyć trudne emocje.

Nie ukrywam, jest to dla mnie pewne novum, ponieważ w takich sytuacjach, kiedy nasze dziecko jest osądzane, trudno nam czasem stanąć tak zupełnie obok. Po prostu, by przyjąć fakt, że nasze dziecko mogło coś zrobić źle, od razu nie karać, nie przepraszać za niego, tylko dać mu szansę zrozumieć, co zaszło, by samo doszło do wniosku, że czegoś nie wypada, nie wolno. Kiedyś, jak ktoś coś niepochlebnego powiedział o naszym dziecku, a już na przykład nauczyciel, rodzice zazwyczaj wierzyli właśnie dorosłemu, nie swoim dzieciom. To naprawdę nie jest łatwe, stanąć po stronie dziecka, a tym bardziej dziecka, które coś faktycznie nabroiło, ale nie tak, żeby zupełnie wyprzeć wszystkie jego przewinienia. Raczej, by dać mu szansę samemu wysnuć wnioski. Błędy są wpisane w nasze życie. Jeżeli uznamy, że nasze dzieci też będą popełniać błędy, to nie damy im przyzwolenia na tzw. róbta, co chceta, tylko akceptację, że czasem mogą błądzić. Akceptacja to również w tym przypadku pomoc w przyjmowaniu przez dziecko konsekwencji swoich zachowań. I to lepiej za młodu, bo kiedy nie będziemy poważnie traktować tych najmniejszych, jak nastolatek ma czuć nasze wsparcie i zaufanie i do nas zwrócić się o pomoc?

Inne sytuacje, które zainspirowały mnie do napisania dzisiejszej refleksji, były bardzo prozaiczne i dość często spotykane. Na przykład zwracanie rodzicom uwagi, że przyprowadzają dziecko do przedszkola z katarem. I znów atak, tym razem na piśmie. Niestety takie chowanie się za ekranem komputera czy telefonu, a nie próba rozmowy oko w oko bardziej eskaluje konflikt i neguje próbę zrozumienia. A katar u tego konkretnego dziecka był i jest w sumie wynikiem złamania, krzywej przegrody i trudnościami w oddychaniu. Zostało znowu powiedziane zbyt wiele niepotrzebnych słów. Inna sytuacja to irytacja dziecka, kiedy musi ubierać dwie warstwy ubrań więcej, bo jest zima. Idąc do przedszkola, córka koleżanki całą drogę płakała, że jej niewygodnie, że coś ją uwiera, że swędzi. I znów ktoś nagle podchodzi, wypytuje się, co się stało, daje dobre rady albo ocenia dziecko jako niegrzeczne i zawstydza je stwierdzeniem, że nieładnie tak krzyczeć. Takich sytuacji można mnożyć. Czasem mam wrażenie, jakby ludzie nie mieli dzieci i nie wiedzieli, że to normalna sytuacja w wielu domach, ale zawstydzanie i zwracanie uwagi publicznie tylko pogarsza całą sytuację. Wszyscy rodzice woleliby w spokoju odprowadzić dzieci do przedszkola czy szkoły.

W obu tych przypadkach podziwiam mamy za spokój i za umiejętność empatycznego reagowania na, bądź co bądź, atak, niesprawiedliwą i nierówną rozmowę. Przede wszystkim za to, że potrafiły nie reagować atakiem na atak. Potrafiły nie tylko zaopiekować się swoimi dziećmi w taki sposób, by czuły nie wstyd, ale zrozumienie. Poza tym żadna z mam tak po prostu i bez zbędnego wysiłku psychicznego nie przechodzi obok wobec takich stresujących sytuacji, kiedy czasem chciałoby się zapaść pod ziemię. Uwierzcie, to naprawdę trudne i wymagające samozaparcia, odwagi i uważności również na samą siebie. By zaopiekować się sobą, by czuć się mamą wystarczającą, umiejącą powstrzymać się od trudnych emocji wobec najbliższych i osób, z którymi przyszło nam się nieraz zmierzyć. I nie czuć się winną za każdym razem, kiedy próbujemy o coś zawalczyć dla siebie. Tego życzę sobie i każdej mamie.