Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: "Odpraw ją, bo krzyczy za nami". Lecz On odpowiedział: "Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela". A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: "Panie, dopomóż mi". On jednak odparł: "Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom". A ona odrzekła: "Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów". Wtedy Jezus jej odpowiedział: "O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!" Od tej chwili jej córka była zdrowa.

 

W spotkaniu z kimś doświadczonym przez życie najpierw pojawia się żal i litość, z czasem zaczyna denerwować natręctwo, brakuje cierpliwości, aż w końcu chęć jak najszybszego pozbycia się "problemu". Ten schemat zauważam tak samo u siebie, jak i u apostołów.

Jezus, wychodząc poza ten schemat, doświadcza w pewien sposób Kananejkę. Teraz ona staje przed wyborem: albo uniesie się dumą i odejdzie, przeklinając, jak to zazwyczaj czyniono w sytuacji odmowy, albo nie zważywszy na ludzkie opinie, z ogromną cierpliwością i uporem będzie dążyć do celu, oddając cały swój dramat w ręce Tego, któremu ufa, że tylko On jest w stanie jej pomóc.

Uczniowie Jezusa musieli się opowiedzieć – również i ja dzisiaj – czy idąc za utartym schematem, uciec od problemu, wrzucając nawet złotówki do plastikowego kubeczka..., czy próbować wydobyć z człowieka wiarę i ufność w to, że jest Bóg, który zna jego problemy i ma już gotowe ich rozwiązanie. Czasami wystarczy poświęcić trochę swojej cierpliwości i wysłuchać. Wybór należy do mnie.