Uczniom Jezusa przyszła myśl, kto z nich jest największy. Lecz Jezus, znając tę myśl w ich sercach, wziął dziecko, postawił je przy sobie i rzekł do nich: «Kto by to dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto by Mnie przyjął, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto bowiem jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki». Wtedy przemówił Jan: «Mistrzu, widzieliśmy, jak ktoś w imię Twoje wypędzał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami». Lecz Jezus mu odpowiedział: «Przestańcie zabraniać; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami».

 

Ilekroć czytam ten fragment Ewangelii, uśmiecham się sama do siebie... Jakże niewiele się zmieniło od czasów Jezusa... Jakże jesteśmy podobni do siebie, choć dzieli nas taki ogrom czasu. Wciąż zachowujemy się tak samo, tylko zmienia się dekoracja świata... Ocenianie, porównywanie, kto lepszy, kto gorszy... W tym chyba jesteśmy najdalej od Boga. Jakże Jego myślenie jest różne od naszego.

Jezus stawia przed nam dziecko – dziecko, które wtedy, a często i dzisiaj nie jest brane pod uwagę i niewielu się z nim liczy, dziecko, które jest zależne we wszystkim od Rodziców. Właśnie z takim dzieckiem utożsamia się nasz Pan. Ta zależność i powierzenie się w całości Bogu są miłe Jezusowi.

W świecie dorosłych taka postawa wymaga ogromnej pokory, ale i ogromnego zawierzenia, puszczenia lejców własnego życia i powierzenia ich Bogu Ojcu. Kogo z nas na to stać?