Po opuszczeniu synagogi w Kafarnaum Jezus przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona. I prosił Go za nią. On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała i usługiwała im. O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: „Ty jesteś Syn Boży”. Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem. Z nastaniem dnia wyszedł i udał się na miejsce pustynne. A tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. Lecz On rzekł do nich: „Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo na to zostałem posłany”. I głosił słowo w synagogach Judei.

 

Myślę o tym, co mnie "unieruchamia", zamyka na innych, jak teściową Piotra, wręcz rozpalając od wewnątrz. Złość, poczucie pokrzywdzenia... Wydaje się wręcz, że nie da się ruszyć z miejsca, nie da się wyjść z dostrzegania tylko "mojej tragedii" i nikogo, i niczego poza tym. Wtedy ratunkiem staje się Chrystus, wołanie do Niego, by przyszedł, jak kiedyś do teściowej Piotra, i uwolnił nas od nas samych, od zbytniej koncentracji na sobie, uwolnił ku innym, ku miłości.