Matki nie powinny chować swoich dzieci. Często słyszy się to stwierdzenie w przypadku przedwczesnej śmierci dziecka. Trudno nam, dorosłym, zrozumieć przewrotność losu i zachwiany porządek rzeczy. Rodzimy dzieci, opiekujemy się nimi, wychowujemy je, żeby to one później opiekowały się nami na starość. Niestety, są również sytuacje, kiedy nasze dziecko nie miało szansy nawet spojrzeć na świat ani na swoich rodziców, bo w wyniku poronienia zakończyło swój krótki żywot. Matka najdobitniej odczuwa stratę dziecka, bo nosi je pod sercem, jej ciało zmienia się i daje sygnał, że stał się cud, który przy jej udziale da nowe życie. 
    
15 października obchodziliśmy kolejny Dzień Dziecka Utraconego. W kontekście niedawnych wydarzeń związanych z decyzją Trybunału Konstytucyjnego o uznaniu niezgodności aborcji z przyczyn eugenicznych ten temat nabrał dla mnie większego znaczenia. Trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby świadomie chcieć aborcji, zabicia albo terminacji ciąży, jak się teraz zwykło eufemistycznie mówić wśród zwolenników „wyboru”. Skoro poronienie, nawet w pierwszych chwilach dziecka, może stać się traumą, to jak można chcieć narażać siebie na tak ciężkie przeżycia. Oczywiście jest to temat wielowątkowy i bardzo niejednorodny i nie chciałabym się teraz nad nim pochylać, tym bardziej że często rzetelną dyskusję zakłócają silne emocje. Jedno jest pewne, dziecko pozbawione szansy na miłość, życie, nawet jeśli miałoby być ono krótkie, jest również dzieckiem utraconym i należy mu się upamiętnienie.
    
Wracając jednak do rzeczonego Dnia Dziecka Utraconego, przyznaję, że kiedyś nie wiedziałam, iż taki dzień jest obchodzony. Dopiero kiedy wyszłam za mąż i podjęliśmy z mężem starania o potomstwo, tematy związane z niepłodnością, trudnościami związanymi z donoszeniem ciąży stały się naszą codziennością. Jak się okazało, nie byliśmy osamotnieni w przeżywaniu niepowodzeń w tej materii. Choć z Bożą pomocą udało nam się doczekać dzieci i nigdy nie doświadczyć utraty dziecka, to bliskie mi osoby już tak. Nie ukrywam, czułam się nieswojo i nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć,  co zrobić, jak się zachować, by dać wsparcie. Dziś wiem, że ten szczególny dzień w roku ma ogromne znaczenie dla rodziców, którzy mogą wspominać swoje nienarodzone dziecko, opłakiwać je. Przełamywane jest tabu na temat samego poronienia. Łatwiej jest nam zrozumieć ból matki, kiedy dziecko poniosło śmierć w wyniku nieszczęśliwych zdarzeń, aniżeli wówczas, kiedy dziecko się jeszcze nie narodziło, kiedy ma zaledwie parę tygodni albo, co gorsza, jest dla kogoś tylko zlepkiem komórek. Ból matek jest taki sam w każdym przypadku. Co istotne, niezależnie od wieku dziecka nienarodzonego można je godnie pożegnać, pochować, nadać mu imię. Z pewnością bardzo pomaga w przeżywaniu żałoby, kiedy istnieje grób i miejsce, gdzie można się pomodlić, wspomnieć. W świadomości wielu zmienia się przekonanie o tym, że poronienie nie jest jedynie z medycznego punktu widzenia przedwczesnym zakończeniem ciąży. To stan wielkiego cierpienia, który wymaga od bliskich cierpiącej osoby wielkiej wrażliwości i otwartości, niepozostawienia jej samej sobie. To też wyzbycie się pocieszaczy typu: „jeszcze będziesz mieć niejedno dziecko”.
    
Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do głębszej refleksji nad poczętym życiem, nad naszymi staraniami o potomstwo, nad staraniami mojej bardzo bliskiej przyjaciółki i jej trudną drogą do bycia mamą. Po studiach, kiedy każda z nas poszła swoją drogą, często do siebie pisałyśmy maile. Pamiętam dwa, w których poinformowała mnie o poronieniu. Pierwszy mail był raczej, co w zupełności było zrozumiałe, pełen żalu, drugi – pięknym świadectwem pokory i wiary. Pamiętam, że nigdy wcześniej tak bardzo nie płakałam. Nie tyle z powodu jej nieszczęścia, ile nad sobą i swoim zamknięciem się i usilnym skupieniem się na poczęciu dziecka. Jej doświadczenie kazało mi się na chwilę zatrzymać, przewartościować pewne rzeczy i bardziej zaufać boskiej woli.
    
Dziś moja serdeczna przyjaciółka jest mamą dwójki dzieci i dwójki aniołków, jak ma w zwyczaju je określać. Często wracamy do tamtych wydarzeń. Każda jej wypowiedź przepełniona jest miłością, pomimo ogromu smutku i rozgoryczenia. Dwa razy niemalże na tym samym etapie rozwoju ciąży dochodziło do poronienia. Pamiętam, jak ciężko było jej zrozumieć, dlaczego takie nieszczęście dotknęło właśnie ją i jej rodzinę. Przecież istnieją ludzie, którzy dziecka nie pragną albo je posiadają i swoją postawą zaprzeczają rodzicielstwu. Ponadto dużym rozczarowaniem był fakt, że pełną diagnozę przyczyn poronienia wykonuje się dopiero po trzecim poronieniu. Sama wielokrotnie podkreślała, że najcięższe wcale nie były słowa ludzi, czy wręcz odwrotnie – przemilczenie sprawy i przejście nad nią do porządku dziennego. Najgorszy był fakt, że było dziecko i nagle go nie było, że nie było jej dane go przytulić, poznać. A po ogłoszeniu wyroku, że serce przestało bić, następowała smutna procedura szpitalnych zabiegów. Dla personelu medycznego zwyczajny dzień, jak co dzień, a dla matki – dramat życiowy.    
    
Nowym standardem w podejściu do rodzicielstwa stało się głębokie zaangażowanie ojców na każdym etapie ciąży – od szczęśliwej wiadomości o poczęciu, poprzez uczestniczenie w badaniu USG, po towarzyszenie swojej żonie na porodówce. Błędem jest przekonanie, że ich ból po stracie dziecka jest mniejszy. Mama może cierpi bardziej emocjonalnie, tata bardziej skrycie, stara się być oparciem dla żony. Moja przyjaciółka nieraz mówiła, jak mocno osamotniona czuła się w szpitalu, ale mąż ciągle do niej pisał, interesował się, wspólnie się z nią modlił. Wtedy zrozumiała, że ta strata dotyczy i dotyka także jego. Co więcej, ich rodzice również ponieśli ogromną stratę. Chyba nigdy wcześniej nie czuła tak wielkiego wsparcia swoich rodziców. 
    
Pewnie czas wcale nie jest najlepszym lekarstwem na cierpienie, jak się zwykle powtarza, ale z pewnością jest potrzebny, by móc uporać się ze stratą, tęsknotą. Dla mnie osobiście postawa moich przyjaciół jest najlepszym dowodem na to, że każde cierpienie można przekuć w coś dobrego. Nie doszłoby z pewnością do tego bez powierzenia się opiece i woli Bożej. To doświadczenie zbliżyło ich do siebie, codziennie oboje klękali do wspólnej nowenny pompejańskiej. A ta przyniosła im wiele owoców. Dziś są szczęśliwymi rodzicami, a moja przyjaciółka spełnia się w roli mamy. Zawsze podkreśla, jak bardzo docenia to, co od życia dostała, jak należy celebrować życie, nawet w trudach, jakie ze sobą niesie macierzyństwo. Podobne doświadczenia zbliżają ludzi do siebie i uczą większej empatii, dlatego zachęca, by nie zamykać się ze swoimi tragediami w domu.     
    
Bycie mamą z pewnością jest spełnieniem pragnień wielu kobiet, ale utrata dziecka i ból z tym związany z pewnością uwrażliwiają nas na to, że każde poczęte życie jest cudem, choćby trwało tylko przez chwilę. Zawsze powinno być miejsce, aby je godnie upamiętnić, a rodzicom niosącym nierzadko ciężki krzyż związany z tak dotkliwą stratą należą się szacunek, zrozumienie i pomoc.