Już za kilka dni w mojej parafii rozpoczyna się wizyta kolędowa. Pierwszy raz po pandemii księża odwiedzą swoich parafian w ich domach. W tym roku tylko tych, którzy księży zaproszą. Czy to dobry pomysł?

W niewielkim podwarszawskim miasteczku, w którym mieszkałam w dzieciństwie, tzw. kolęda była wielkim wydarzeniem. Od rana w domu wielkie sprzątanie, przygotowywanie zeszytu od religii, a potem oczekiwanie. O której przyjdzie ksiądz, który to ksiądz będzie, ten sympatyczny czy raczej ten gburowaty, a może sam proboszcz? I jeszcze odwieczne dylematy, czy zacznie odwiedzać mieszkania od parteru, czy od ostatniego piętra? Pamiętam to poruszenie wśród sąsiadek i to ich dyskretne pukanie do drzwi (mieszkaliśmy na parterze pod jedynką) z pytaniem, czy ksiądz już u was był (wszak nie było wtedy telefonów komórkowych i nie dało się SMS-em poinformować sąsiadów, co się dzieje). Odkąd pamiętam, zawsze tym wizytom towarzyszyły emocje, choć – szczerze mówiąc – oprócz odnotowania w kartotece parafialnej, że rodzina księdza przyjęła, niewiele z tych wizyt wynikało. Ksiądz wpadał niczym petarda i jeszcze szybciej wypadał, bo musiał jeszcze wejść do wielu mieszkań. Jeśli u kogoś zasiedział się dłużej, sąsiedzi mieli temat do rozmowy (taki to urok małych miasteczek). Nie przypominam sobie żadnych głębszych rozmów, chyba że ogólnie zadane pytanie: „Co u was słuchać?”. I tyle. Jak za księdzem zamykały się drzwi, ze wszystkich schodziło powietrze. Można wrócić do normalności, na najbliższe dwanaście miesięcy spokój.

Zupełnie nie rozumiałam tych wszystkich emocji i tego stresu, wynikającego często z jakiejś dziwnej formy klerykalizmu, ani tak naprawdę sensu takiej wizyty. Wpaść, wypaść, dać dzieciom obrazek, podpisać się w zeszycie do religii, zabrać przygotowaną kopertę i szczęść Boże, do widzenia. Zawsze chciałam, żeby kolęda była przede wszystkim spotkaniem, a nie przykrym obowiązkiem dla obu stron i nie mniej przykrą biurokracją. Kiedy już wyjechałam z mojego rodzinnego miasta i zamieszkałam w Warszawie, próbowałam to zmienić, choć nie zawsze mi się to udawało. Pamiętam jedną taką kolędę, kiedy jeszcze dobrze nie zapaliłam świec, a ksiądz już w biegu zdążył odmówić modlitwę, skomentować leżące na stoliku książki i wybiec szybciej, niż wbiegł do mieszkania. A potem już były na szczęście miłe kolędy. Takie bez pośpiechu, przy herbacie, czasem kolacji, kiedy mogliśmy sobie w spokoju porozmawiać i powiedzieć, co nam się w parafii podoba, co warto zmienić, co jest dla nas dziwne, czego nie rozumiemy. Był czas na to, żeby także posłuchać księdza, zapytać o to, co go boli, niepokoi, a co daje mu radość czy motywację do pracy. Bardzo sobie ceniłam te spotkania i przez wiele lat starałam się, żeby kolędy u nas w domu takie właśnie były. Żeby był to czas wzajemnego wysłuchania, a nie tylko wylewania pretensji i żalów. Cieszę się, że znacznie częściej trafiałam na takich księży, którzy byli otwarci na rozmowę, nie zerkali nerwowo na zegarek, tylko dzielili się z nami swoim czasem. To naprawdę były dobre i owocne spotkania.

A potem przyszła pandemia, księża po domach nie chodzili. Parafie w różny sposób próbowały tę tradycję kolędową podtrzymać. Przez dwa lata to nie ksiądz przychodził do domów, tylko – przynajmniej w naszej parafii, ale też w wielu, wielu innych – to wierni z poszczególnych domów i bloków byli zapraszani na specjalną Mszę Świętą sprawowaną w ich intencji. Tyle że z takiego zaproszenia korzystała garstka osób. Smutno było patrzeć, jak z osiedla, na którym mieszka kilkaset osób, na zaproszenie na kolędę przychodziło dosłownie po kilka osób. Część w tym czasie chorowała, część była na kwarantannie, a sporej grupie po prostu się nie chciało. A szkoda.

W tym roku znów księża w ramach wizyty kolędowej będą odwiedzać parafian w domach, ale u nas tylko tych, którzy sami o to poproszą. Księża przyjdą więc pod wskazany adres i zapukają tylko do tych osób, które taką wizytę zamówiły wcześniej. Poniekąd rozumiem taką decyzję – jest to zdecydowana oszczędność czasu, zamiast stać pod drzwiami, pukać i zastanawiać się, czy ktoś wpuści, lepiej ten czas spożytkować na rozmowę z tymi, którzy chcą się rzeczywiście spotkać. Niech kolęda nie będzie przykrym obowiązkiem, ale prawdziwym spotkaniem, po którym obie strony wyjdą umocnione i zbudowane.