Ceny szybują pod sam sufit, raty kredytów podobnie, inflacja szaleje, covid znów atakuje, a za wschodnią granicą wojna. Prąd drogi, węgla brakuje, ludzie zaczynają dokładnie oglądać każdą złotówkę. Dodatkowo wszystko zmienia się w zastraszająco szybkim tempie, trudno więc za tym nadążyć. Łatwiej sobie ponarzekać, bo i co nam zostało? Ceny raczej szybko nie spadną, przed nami zima, która także nie napawa optymizmem, że nie wspomnę o doniesieniach z Ukrainy i Rosji. A jak tak człowiek ponarzeka, posłucha, że innym też dobrze nie jest, to od razu jemu też lżej się robi na sercu. Trochę tak jak z tą moją znajomą, która pewnego dnia strasznie narzekała na swoje dzieci, że takie krzykliwe, niesforne, mało współpracujące. A potem popatrzyła na mnie i powiedziała: „Córki dały mi dziś w kość, ale jak sobie pomyślałam, że ty masz dwa razy więcej dzieci niż ja i one też tak szaleją, to od razu zrobiło mi się lepiej”. Marne to pocieszenie dla mnie, ale skoro ona przez chwilę poczuła się lepiej, niech się z tego cieszy. Ja jednak nie będę brała udziału w zawodach na to, kto ma lepiej, a kto gorzej, nie będę się z nikim licytowała na nieszczęścia. Szkoda na to czasu. Czy to do czegoś dobrego prowadzi? Niekoniecznie. Tylko się człowiek jeszcze bardziej denerwuje i dołuje.

Na szczęście nie tylko ja mam dość marudzenia i narzekania. Od jakiegoś czasu w mediach społecznościowych obserwuję pewien bardzo pozytywny trend. Zamiast narzekania – wdzięczność za to, co się wydarzyło, nawet jeśli były to trudne doświadczenia czy coś poszło nie po naszej myśli. Z wielką przyjemnością czytam więc na profilach znajomych osób wpisy, w których wskazują, za co wdzięczne są danego dnia. Czasem jest to miłe spotkanie, dobry obiad albo gdzieś w biegu wypita herbata z koleżanką czy ważna rozmowa. Albo zabawa z dzieckiem, drzemka, przeczytana książka czy w spokoju obejrzany odcinek serialu. Czasem wystarczy uśmiech sąsiadki w windzie czy miłe słowo od pani w sklepie. Każdego dnia naprawdę mamy wiele powodów do wdzięczności, znacznie więcej niż do narzekania, tylko nie zawsze chcemy czy potrafimy je dostrzec, bo wydają nam się takie zwykłe i oczywiste. Zatem nie koncentrujmy się na tym, co negatywne, a starajmy się dostrzegać to, co dobre. A powodów do wdzięczności z każdym dniem będzie coraz więcej.

W 1 Liście do Tesaloniczan jest zdanie, które zawsze stawia mnie do pionu, kiedy zaczynam za bardzo marudzić albo narzekać. „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie”. Kiedy jest mi źle, wracam do tych słów, przypominam sobie to zalecenie i zaczynam dziękować za to wszystko, co się wydarzyło. Za to, co było dobre, ale także za to, co było złe, przykre, raniące. Słowa te to dla mnie także najkrótsza definicja bliskiej mojemu sercu modlitwy uwielbienia, która pozwala w pełni patrzeć na Boga, który nas kocha bezgranicznie, a nie stawiać w centrum siebie. Tylko w tym całym marudzeniu i wiecznym narzekaniu łatwo o tym zapomnieć. Modlitwa uwielbienia ma nas otwierać na miłość Boga. Dzięki temu łatwiej będzie nam patrzeć na świat, na ludzi, którzy stoją na naszej drodze, bo będziemy patrzeć na to wszystko Jego oczami. Piotr Goursat, założyciel Wspólnoty Emmanuel, mówił, że w czasie takiej modlitwy Bóg chce nam zabrać „serce z kamienia”, a dać w to miejsce swoje serce płonące miłością. Chce skruszyć nasze serca, żeby przekazać nam swoje pragnienie ratowania ludzi. I zainspirować nas do tego samego. Czyż nie jest to kolejny powód do wdzięczności?