"Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: "Synu Dawida, ulituj się nade mną!" Jezus przystanął i rzekł: "Zawołajcie go". I przywołali niewidomego, mówiąc mu: "Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię". On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: "Co chcesz, abym ci uczynił?" Powiedział Mu niewidomy: "Rabbuni, żebym przejrzał". Jezus mu rzekł: "Idź, twoja wiara cię uzdrowiła". Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

 

Rozpoczynając pisanie komentarza do dzisiejszej Ewangelii, uświadomiłem sobie, że przeczytają go jedynie te osoby, które posiadają już zdolność czytania i wzrok. Pozostali będą skazani na życzliwość i pomoc ze strony widzących. Dopiero w takich konkretnych sytuacjach uświadamiamy sobie, jak ogromnym darem są zmysły, zwłaszcza słuch i wzrok. Ponoć największym cierpieniem dla osoby niepełnosprawnej w tym zakresie jest utrata wzroku czy słuchu w trakcie życia, kiedy już się zasmakowało w podziwianiu piękna tego świata i wsłuchiwania się w jego muzykę.

Nie wiemy, czy bohater dzisiejszej Ewangelii, żebrak Bartymeusz był niewidomy od urodzenia, czy też wzrok utracił już później. Na pewno był podwójnie nieszczęśliwy. Pierwsze jego nieszczęście polegało na braku możliwości widzenia. Być może brak wzroku był przyczyną drugiego nieszczęścia, jakim było totalne ubóstwo, sięgające aż konieczności żebrania, aby przeżyć.

„Zobaczył” jednak Jezusa. Mówi się, że niewidomi „widzą” więcej i głębiej, ponieważ „widzą” sercem. Tak sobie myślę czasami, czy ja na pewno widzę Jezusa? Posiadam stosunkowo dobry wzrok, wzmocniony jeszcze okularami, czy jednak naprawdę widzę Jezusa? Czy aby i mnie nie trzeba częściej wołać w życiu: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Dopiero, kiedy zobaczy się Jezusa nie wzrokiem, nie intelektem, ale sercem, dopiero wówczas jest człowiek w stanie zrzucić z siebie płaszcz komfortu i bezpieczeństwa i udać się w dalszą drogę. Prosto do nieba.