Kiedy urodziłam swoje pierwsze dziecko, nie było jeszcze mediów społecznościowych. Swoje problemy czy niepokoje mogłam co najwyżej konfrontować z sąsiadkami, z którymi wspólnie spacerowałyśmy z wózkami parkowymi alejkami. Choć oczywiście każda z nas swoje macierzyństwo przeżywała inaczej, to pewne doświadczenia jednak nas łączyły. I o nich mogłyśmy wspólnie porozmawiać, czasem sobie popłakać albo się z nich pośmiać. Każda z nas miała lepsze i gorsze dni. Raz jednej dziecko bardziej płakało, raz drugiej. Generalnie wiedziałyśmy, że lekko nie jest. Kiedy wzajemnie się odwiedzałyśmy, też widziałyśmy, że bywa różnie. Tak jak różne jest życie. Kiedy dziecko spało, to się udawało ogarnąć dom albo siebie doprowadzić do stanu, w którym można się pokazać ludziom. Kiedy miało kolkę, to nikt się nie dziwił, że mama paraduje w dresie, a głowa jeszcze nieumyta. Bo to nie tylko kwestia świetnej organizacji, ale też możliwości. Czasem po prostu się nie dało, choćby dlatego, że dziecko było „nieodkładane”, domagało się non stop piersi albo męczyło się z powodu gorączki. Niby to wszystko oczywiste, ale czy na pewno?

Ogromną zmianę w postrzeganiu macierzyństwa przyniosły media społecznościowe. Tam niemal wszystko jest idealne, wymuskane, przepuszczone przez filtry, a jak trzeba, to podrasowane w programach graficznych. Przecież nie można w świat puścić zdjęcia, na którym widać jakieś niedoskonałości. Zaraz zlecą się krytycy, a w zasadzie krytyczki, i zaczną je wytykać. A ich ocena sprowadzi się do tego, że jestem złą matką. Powód? Każdy jest dobry. Warto się tym przejmować? Zapewne nie, ale zdaję sobie sprawę, że dla osób wrażliwych może to być trudne. A jeśli do tego dołączy się baby blues, którego doświadcza nawet siedem na dziesięć mam, to wówczas można się naprawdę nieźle zdołować. 

Macierzyństwo jest piękne, ale ma też swoją ciemną stronę. I trzeba o tym mówić. Nie po to, żeby straszyć, ale po to, żeby pokazać prawdę. A tą ciemną stroną są brak snu, zmęczenie, choroby dzieci, frustracja, stres związany z opieką nad maleńkim dzieckiem, problemy z karmieniem, zapalenia piersi. Lista jest naprawdę długa i tych kilka przykładów w żaden sposób jej nie wyczerpuje. Warto to także wkalkulować w macierzyństwo. Przekonanie, że będzie tylko pięknie jak na zdjęciach z Instagrama różnej maści celebrytek, to po prostu kłamstwo. Macierzyństwo czasem boli (także fizycznie), co nie oznacza braku troski i miłości. 

Warto więc doceniać każdą inicjatywę, która po prostu pokazuje życie. Prawdziwe życie, z jego radościami, ale też smutkami. Ze zmęczeniem, rezygnacją, bólem, ale też nadzieją, że wszystko mija. To są tylko pewne etapy, które po prostu trzeba przejść. Kiedy po całym dniu w domu z dziećmi jesteś bardzo zmęczona, tak bardzo, że nawet nie masz siły wziąć książki do ręki, kiedy szukasz motywacji, by w końcu rozprawić się z górą prania, która od tygodnia zalega na fotelu, kiedy patrzysz z przerażeniem na swoje odrosty, bo nie masz czasu pójść do fryzjera, nie myśl o sobie, że jesteś złą matką. Nie myśl tak o sobie, kiedy przeglądasz media społecznościowe i wydaje ci się, że tylko ty nie nadążasz, a wszyscy inni świetnie radzą sobie ze wszystkim. Jesteś najlepszą mamą dla swoich dzieci. A jeśli jest ci naprawdę źle, to znajdź sobie w internecie krótki filmik Under pressure przygotowany w ramach kampanii społecznej przez jedną z firm kosmetycznych. Zapewniam, że ciarki będą przechodzić po plecach. Ale też zapewniam, że zobaczysz tam prawdziwe życie. Takie jak twoje. Bo w macierzyństwie wcale nie jest najgorsze zmęczenie czy permanentny brak snu, tylko ta chora presja, że ma być idealnie. Tyle że ideał jest nieosiągalny. Warto więc wrzucić na luz i robić swoje.