Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: «Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić ». A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony». Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich». Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

 


Zawsze, kiedy czytam ewangeliczne opisy spotkań Jezusa z trędowatymi, próbuję sobie wyobrazić, jak mógł brzmieć dzwonek, którego często używali, aby ostrzec ludzi obok siebie – ich przestraszyć, wezwać do czujności, a siebie jeszcze bardziej odciąć od świata żywych. Tak, bo w zasadzie trędowaci byli martwi, pomimo tego, że żyli. Odcięci od wspólnoty, chorzy i cierpiący na ciele, naznaczeni pytaniem o winę, o grzech, który ściągnął na nich chorobę, stawali się martwi na duszy. Ten dzwonek musiał brzmieć okrutnie.

Patrząc na świat, trochę żal, że nie ma takiego dzwonka, który przestrzega przed grzechem. Wręcz przeciwnie – świat grzech bagatelizuje. Próbując przekonać nas, że "to" nic strasznego. Czy mały, czy wielki, czy ciężki, czy powszedni, czy wołający o pomstę do nieba – to po prostu nasza wolność... Chciałbym poznać choćby jednego trędowatego, z jego doświadczeniem straty normalności, relacji, rodziny, zdrowia, który w tak lekki sposób mówiłby, że to po prostu jedynie konsekwencja wolności. A my tak lekko traktujemy współczesny "trąd" pożerający człowieka. A przecież trąd to grzech, na który jedyne lekarstwo ma Jezus. 

***

Pozdrawiam wszystkich chorych. Siedzę sobie w mieszkaniu, jeszcze kilka dni izolacji przez chorobę, może warto, aby chorzy ofiarowali swój trud, a najczęściej swoje cierpienia w intencji grzeszników...