Jezus, nauczając rzesze, mówił: «Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok». Potem, usiadłszy naprzeciw skarbony, przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie».

 

„Wrzuciła wszystko”. Przy tych słowach moje serce na chwilę zamiera. Chyba każdy, kto doświadczył w życiu jakiejś straty, wie, jak bardzo potrafi ona boleć. Jak trudno jest potem otworzyć się na prawdziwe oddanie czegokolwiek, nie mówiąc już o tak mocnych słowach, jak „oddać wszystko”...

Ewangelia nie wspomina nic o uczuciach i przeżyciach tej wdowy. Ale możemy podążyć za tymi, które w zetknięciu z tą sytuacją podsuwa nam własne serce. Czy to był akt desperacji? Hojność? Niefrasobliwość? A może zwyczajnie nie miała już nic do stracenia? 

Czy jest zatem coś w moim sercu, czego trzymam się kurczowo – boję się utracić, a więc i oddać...

„Wszystko za wszystko” – tak podsumowała kiedyś swoją życiową decyzję jedna z bliskich mi osób konsekrowanych. Bóg w tej wymianie z nami jest niezwykle hojny, wręcz rozrzutny. Nie boi się, że coś z jego „inwestycji” się zmarnuje, nie skalkuluje, nie zwróci. Jego „wszystko” jest wolne od oczekiwań.