Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: "Effatha", to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: "Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę".

 

Jezus ciągle wędruje. Kolejne miejscowości i ich mieszkańcy spotykają Go. Głosi wobec tłumów, lecz zawsze zatrzymuje się wobec indywidualnego człowieka. Jezus dobrze zna historię życia każdego z nas. Owi mieszkańcy, tak trochę idąc, byśmy powiedzieli na skróty, mówią mu: połóż rękę, a On ich zaskakuje.

Chrystus przecież nie ma utartych schematów działania. Zabierając tego człowieka na bok, zaprasza go do pewnej drogi intymności. Świadczy o tym gest dotknięcia wnętrza jego uszu i połączenia swojej śliny z jego. Poprzez pozwolenie drugiemu tak mocno na wejście w obręb własnej intymności, sami otwieramy się na tę właśnie osobę, jak i na to wszystko, co z sobą nam przynosi.

Wiara domaga się pełnego otwarcia na Osobę i działanie Boga we mnie. Co więcej, potrzebuję tej penetracji Bożego słowa w całej mojej historii życia. To skrócenie dystansu pozwala spotkać samego siebie w obecności żywego Boga. Ta rzeczywistość owocuje w szczerej spowiedzi, ufnej modlitwie, zasłuchaniu i posłuszeństwie wobec Jego natchnień.

Przed tygodniem spędziłem dwa dni w pustelni. Mój Bóg i ja sam. Mógłbym powiedzieć, że Jezus wziął mnie na bok, aby móc we mnie działać. I gdzieś zawsze w takich chwilach powraca to wołanie – Effatha. Jak i pytanie, na ile sam potrafię to uczynić? A na ile, to ja mam szczerze wołać, Panie otwórz mnie na siebie?