Wczoraj po południu wybrałem się na długi spacer po Kijowie. Dla zdrowia nie zaszkodzi, a pokusa, której wcześniej często ulegałem, by skrócić dystans, wsiadając do autobusu lub metra, sama zniknęła. Komunikacja miejska praktycznie nie działa. Przy wejściu do naszego klasztoru zatrzymują się autobusy i trolejbusy. Na elektronicznej tablicy z rozkładem jazdy wyświetlany jest teraz uroczy komunikat: „Bardzo przepraszamy za tymczasowe niedogodności”. Tymczasowe niedogodności… chciałoby się tak myśleć o tej wojnie. A przepraszać to powinny nas raczej rosyjskie wojska i ci, którzy to piekło rozpętali!

Poszedłem najpierw na Padół, czyli do starej dzielnicy na prawym brzegu Dniepru. Tu w średniowieczu był dominikański klasztor, po którym nie ma już śladu, a później – już po upadku komunizmu – kolejny nasz klasztor, wydawnictwo „Kairos” i siedziba Instytutu św. Tomasza. Przy tzw. Żytnim Rynku, czyli zamkniętej na czas wojny hali targowej, której wnętrze wciąż zachowało iście sowiecki styl, znalazłem otwarty i świetnie zaopatrzony sklepik z włoskim jedzeniem. Może kiedyś się przyda. Zatrzymałem się na chwilę obok dawnego budynku kijowskiego portu rzecznego, by popatrzeć na Dniepr. Tamtędy według legendy miał uciekać św. Jacek, przechodząc suchą nogą przez rzekę. W rękach trzymał Najświętszy Sakrament i figurę Matki Bożej.

Na placu przed budynkiem znajduje się pomnik bawiących się dzieci. Szczególnie poruszający w tym czasie. Chodząc ulicami miasta, przyglądałem się im. Dzieci jest teraz zdecydowanie mniej, bo przecież wiele, a może większość wyjechała z rodzicami. Udaje się je jednak spotkać. Mijałem kilkunastoletnią dziewczynę, która szła z tatą, trzymając go za rękę. Wydaje mi się, że wchodzący w dorosłe życie młodzi ludzie, którzy już rozumieją, co się dzieje, zostali bardzo poranieni przez wojnę. Może nawet bardziej niż kilkuletnie maluchy, które nie wiedzą, o co chodzi. Wojna brutalnie kradnie im piękne lata młodości. Najwyraźniej ten uścisk dłoni ojca był tej młodej dziewczynie potrzebny. Szczęściara, pomyślałem, że tata jest teraz blisko niej. Inna dziewczynka jeździła na hulajnodze po szerokim cokole pomnika Hryhorija Skoworody, ważnego dla Ukrainy myśliciela. To jego słowa przywoływał Jan Paweł II w 2001 r. w Kijowie: „Wszystko przemija, ale u kresu wszystkiego pozostaje miłość. Wszystko przemija, ale nie Bóg i miłość”.

Spacerując, przypatrywałem się rodzicom, zwłaszcza mamom. Były wyraźnie smutne, trochę nieobecne, jakby ich serca i myśli były gdzie indziej. I pewnie tak jest. Może są przy mężach broniących Ukrainy. Albo zmagają się z myślami o przyszłości, obawami, niepokojami. Poruszyła mnie jakaś uboga pani pchająca wózek z dwoma butlami wody i bezładnie napchanymi rzeczami. Szła, trzymając za rękę kilkuletniego chłopca. W takich momentach chce się pomóc i jednocześnie doświadcza się bezradności. Zapatrzyłem się, jak odchodzili, co wzbudziło zainteresowanie żołnierza stojącego po drugiej stronie ulicy. Grzecznie, ale stanowczo zawołał mnie do siebie i sprawdził dokumenty, a następnie poprosił, bym poszedł dalej paralelną ulicą.

Z zadyszką wdrapałem się z Padołu na Włodzimierską Górkę. To piękny park zawdzięczający zapewne nazwę pomnikowi św. Włodzimierza, władcy, który wprowadził na Rusi chrześcijaństwo. Stoi na wysokim cokole z krzyżem w ręku, spoglądając w dal lewego brzegu Dniepru. Tam daleko, gdzie teraz toczą się walki o miasto. Ich odgłosy raz po raz słychać było wczoraj w centrum Kijowa. Jakaś para młodych ludzi uprawiała jogging. Starsi ludzi spokojnie spacerowali. Chciałem jeszcze trochę nacieszyć się widokiem Dniepru z wybudowanego niedawno Szklanego Mostu. Nie można było jednak po nim przejść.

Jakiś żołnierz poprosił o papierosa. Niestety, nie palę. Do wojny spotkania z mundurowymi w Ukrainie nie zawsze należały do przyjemnych, zwłaszcza kiedy zatrzymywała cię policja drogowa. Dziś, jak chyba wszyscy, patrzę na tych ludzi z podziwem. Oni nas rzeczywiście bronią. Ludzie często proponują strzegącym miasta coś do jedzenia i picia. Wielu obrońców, ze względów bezpieczeństwa, grzecznie odmawia, zwłaszcza żołnierze. Ojciec Tomasz opowiadał, że podczas jednej z kontroli drogowych dał bombonierkę temu, który sprawdzał mu dokumenty i samochód. Tak po prostu. Pojawiły się łzy w oczach tego chłopaka. Ten gest musiał jakoś dotknąć jego serca. Ja niestety nie miałem wczoraj papierosów. Kupiłby je nawet i zaniósł temu chłopakowi z karabinem, ale w pobliżu wszystkie sklepy były już zamknięte. Może więc warto na przyszłość nosić ze sobą paczkę papierosów, gdyby ktoś znów chciał zapalić?

Postanowiłem przejść wokół Sofii Kijowskiej. To najważniejsza świątynia Kijowa. Dziś jest muzeum, ale do jej duchowego dziedzictwa odwołują się wszystkie Kościoły tradycji bizantyjskiej. Kilka dni temu nasz kijowski przeor o. Petro został zaproszony do wzięcia udziału w odbywającej się w murach tej świątyni ekumenicznej modlitwie o pokój. Obecność zakonnika ubranego w biały habit i czarną kapę była symbolicznym nawiązaniem do trwającej od czasów św. Jacka obecności dominikanów w stolicy Ukrainy. Kijów jest dominikański, a pierwsi biskupi nad brzegami Dniepru pochodzili z naszego Zakonu. Wczoraj, patrząc na złote kopuły i dzwonnicę Sofii Kijowskiej, pomyślałem, że świątynie, nawet tak wspaniałe i dostojne, są tak jak my, mieszkańcy wojennego Kijowa, równie bezbronni wobec rosyjskich rakiet i bomb. Kilkanaście metrów dalej nad boczną bramą, przez którą nie raz wchodziłem na terytorium Sofii, zobaczyłem niewielką złotą figurę św. Michała Archanioła, trzymającego w dłoniach tarczę i miecz. Błyszczała w promieniach zachodzącego słońca. Pomyślałem, że może jednak nie jesteśmy zupełnie bezbronni. Wódz zastępów anielskich jest patronem Kijowa i zarazem patronem naszego dominikańskiego Wikariatu Ukrainy.

Wczoraj wieczorem otrzymałem piękny list od o. Timothy Radcliffe’a, byłego generała naszego Zakonu. Kilka dni wcześniej Timothy przesłał nam maila z wyrazami solidarności, zapewniając o modlitwie. Pisał, że żałuje, że nie może być teraz z nami na Ukrainie. Zapytał, czy coś może dla nas zrobić. Odpowiedziałem, trochę „bezczelnie”, że może, i poprosiłem, by napisał list do Rodziny Dominikańskiej w Ukrainie. Kiedy Timothy był generałem Zakonu, część braci, którzy teraz są na Ukrainie, była studentami w trakcie formacji w naszym krakowskim klasztorze. Jego listy zawsze dawały dużo Bożego światła i nadziei. A my teraz tego bardzo potrzebujemy. Ojciec Timothy mocno przyczynił się do odnowienia misji Zakonu Kaznodziejskiego w krajach byłego ZSRR. List przyszedł na drugi dzień. Timothy ma rację, że w czasie wojny każda chwila ma znaczenie. Cały list jest dostępny po polsku i angielsku na stronie:https://info.dominikanie.pl/2022/03/list-do-rodziny-dominikanskiej-w-ukrainie/

Ponieważ wspólnie tworzymy dobro i wielu z Was, do których docierają moje listy, wspiera nas i cierpiącą Ukrainę tak hojnie na różne sposoby, na koniec przywołam fragment tego listu: „Czasami można się zastanawiać (...), jak te małe czyny mogą mieć znaczenie w obliczu ogromnej siły niszczących pocisków, czołgów i samolotów. Ale Pan żniwa zadba o to, aby nie został zmarnowany ani jeden dobry uczynek. Tak jak zebrano wszystkie okruchy po nakarmieniu pięciu tysięcy ludzi, tak nie zmarnuje się żaden akt dobroci. On wyda owoce, jakich nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić”.

Serdecznie pozdrawiam, prosząc o modlitwę,
Jarosław Krawiec OP, Fastów, 22 marca, godz. 19:00

***
O. Jarosław Krawiec OP jest przełożonym dominikańskiego klasztoru w Kijowie. To, co pisze, jest przede wszystkim skierowane do braci i sióstr dominikanek oraz dominikańskiego środowiska, więc nie zawsze i nie wszystko może być czytelne. W swoich relacjach stara się odnosić do miejsc związanych z dominikanami, gdzie są ich klasztory, a więc Kijów, Fastów, Charków, Chmielnicki, Czortków i Lwów. Dzieli się tym, co widzi swoimi oczami i słyszy swoimi uszami lub oczami i uszami swoich braci, sióstr czy ludzi, którzy są w Ukrainie. 

Wiele osób pyta o. Krawca, jak można pomóc. W tym momencie pomoc rzeczowa z perspektywy Kijowa jest niemożliwa – nie są w stanie w żaden sposób jej dowieźć czy ją koordynować. W Kijowie toczą się walki i wokół też. Można wpłacić ofiarę na konta – pieniądze już się przydają, bo można coś kupić, płacąc kartą, a będą bardzo potrzebne, jak sytuacja się trochę uspokoi.

POLSKA PROWINCJA ZAKONU KAZNODZIEJSKIEGO O.O DOMINIKANÓW
PL03 1600 1374 1849 2174 0000 0033 PLN
PL52 1600 1374 1849 2174 0000 0024 EUR
PL73 1600 1374 1849 2174 0000 0034 USD
SWIFT CODE BANKU: PPABPLPK
Z dopiskiem: Wojna na Ukrainie