Od mojego ostatniego listu do Was minęło trochę więcej czasu niż zwykle. Obserwując to, co się wokół nas teraz dzieje, wydaje mi się, że następuje przejście od swoistego romantyzmu pierwszych dni wojny do realizmu i pragmatyzmu jej kolejnego miesiąca. Co to oznacza? Przede wszystkim, że przywykamy do życia w tych warunkach. Widzę to bardzo wyraźnie w Kijowie. Od poniedziałku została skrócona godzina policyjna, która trwa teraz od 21:00 do 6:00. Otwartych jest też coraz więcej sklepów oraz punktów usługowych. Nawet przed pobliskim zakładem fryzjerskim nie było już kolejki, co wcześniej było czymś normalnym. Jego właściciel napisał przed wejściem, że wojskowi, policjanci i obrona terytorialna za strzyżenie nie płacą. Ojciec Ołeksandr mówił mi, że podobny cennik spotkał niedawno w gabinecie dentystycznym.

Naprzeciw naszego klasztoru znajduje się siłownia. Nigdy tam nie byłem, ale przez duże szklane witryny można było kiedyś zobaczyć jej wnętrze. Teraz witryny są zakryte papierem, więc tego, co dzieje się wewnątrz, podglądnąć się już nie da, ale za to na drzwiach wejściowych pojawiła się informacja, że trzy razy w tygodniu można przyjść i ćwiczyć. Podejrzewam, że chętni się znajdą. Ostatecznie nie wszystkich lubiących wzmacniać swoje mięśnie zadowala napełnianie worków piaskiem i układanie ich choćby wokół pomników. To taki sposób zabezpieczania zabytków przed ewentualnym ostrzałem, który mógłby je uszkodzić.

À propos pomników… W niedzielę urządziliśmy w bibliotece Instytutu św. Tomasza w Kijowie spotkanie poetyckie z Ołeksandrem Irwanćem, ukraińskim poetą, pisarzem, dramaturgiem i tłumaczem. Kilka dni wcześniej poznałem jego żonę, Oksanę, również zajmującą się sztuką, i zaprosiłem ich do nas na niedzielny obiad. Oksana i Ołeksandr mieszkali wcześniej w Irpieniu, podkijowskim mieście, które zostało zniszczone przez wojska rosyjskie, a następnie było przez nie przez kilka tygodni okupowane. Dopiero wczoraj ukraińskiej armii udało się je odbić z rąk wroga. Nasi niedzielni goście wraz z ponad 90-letnią mamą pani Oksany oraz kotem zostali ewakuowani przez wolontariuszy po kilku tygodniach życia pod rosyjskimi lufami. W mieście nie było już ani prądu, ani gazu, ani wody. Ołeksandr nie przestał jednak pisać wierszy. Uciekając, nie zabrali prawie niczego ze sobą. „Tylko jeden tomik moich wierszy chwyciłem, wychodząc z domu” – mówił. Bardzo przejmujące było słuchanie w murach naszego klasztoru wojennej poezji w wykonaniu autora. Jeden z wierszy, nieco żartobliwie, opowiadał o tym, że pomniki walczą teraz za Ukrainę. „W centrum Buczy [miasta sąsiadującego z Irpieniem] na postumencie stał wóz pancerny, upamiętniający ukraińskich żołnierzy, którzy zginęli w Afganistanie w czasach Związku Radzieckiego. Kiedy Rosjanie zaatakowali Buczę, zobaczyli go z daleka i zaczęli do niego strzelać. Wystrzelali prawie całą amunicję i wtedy nadeszli nasi i ich zniszczyli” – tłumaczył Irwaneć. Inny wiersz dotykał tematu przebaczenia.

„Z miasta, które rakietami roztrzaskane,
Na cały świat dzisiaj wołam:
W tym roku w Niedzielę Pojednania,
Nie wszystkim wybaczyć zdołam!”

Kiedy Ołeksandr Irwaneć skończył czytać swój wiersz, zaczynający się właśnie od tych słów (przytaczam je w polskim przekładzie Zbigniewa Dmitroca), przez chwilę milczał, po czym dodał: „Wiem, że należy przebaczać… ale w wierszu napisałem właśnie tak”. Wielkie pytania o przebaczenie, winę, zbiorową odpowiedzialność narodu rosyjskiego i Białorusi, z terenu której codziennie lecą rakiety niszczące Ukrainę, z pewnością pozostaną z nami na lata i będą domagały się trudnego szukania odpowiedzi.

Dla mnie taką odpowiedzią jest Chrystusowy Krzyż. „Zechciał bowiem [Bóg], aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą: przez Niego – i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża” (Kol 1, 19-20). Byłem wczoraj w Fastowie i o. Misza poprosił mnie o przysługę. „Mógłbyś pojechać do ojców karmelitów i wziąć od nich relikwie Krzyża Świętego, które mi obiecali?” Takim prośbom się nie odmawia. Z Fastowa dostałem relikwie bł. Matki Róży Czackiej, które już kiedyś z o. Miszą przywieźliśmy z Warszawy, a dziś trafiły do kijowskich karmelitów. Miałem więc swoją małą „wyprawę krzyżową” na Swiatoszyn, dzielnicę Kijowa, gdzie parafię i klasztor mają karmelici. To zachodnie obrzeża miasta, więc wyjątkowo głośno i wyraźnie słychać tam toczące się kilka kilometrów dalej walki. Ojcowie już do tego przywykli. Ja miałem wrażenie, jakbym był na strzelnicy. Na szczęście w okolicach klasztoru nic do tej pory nie wybuchało. Oby tak było dalej. Ojciec Marek otworzył w mojej obecności relikwiarz i przekazał dla fastowskiej parafii „odrobinę” Krzyża Świętego. Nasz kościół jest pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego i o. Misza od dawna marzył, by były w nim te relikwie. Dotrą niebawem, w czasie strasznej wojny, w roku Krzyża Świętego, który teraz obchodzimy w Ukrainie. Jakże Ty, Dobry Boże, potrafisz to wszystko wymyślić!

Wczoraj w Fastowie byłem świadkiem, jak kolejny autobus z uchodźcami odjeżdżał w stronę polskiej granicy. Każdy taki wyjazd to smutek rozłąki z bliskimi, swoją ziemią, domami, kochanymi miejscami, zwierzętami i rzeczami, a jednocześnie znak ocalenia i nadziei, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Każdy taki konwój to konkretna praca wielu osób w Polsce i w Ukrainie. To także niemałe pieniądze, które ktoś daje, by ratować życie niewinnych kobiet, dzieci, staruszków. Wreszcie to również jedzenie, leki i inne potrzebne rzeczy, które przyjeżdżają z Polski. Dziękujemy!

Przywykanie do życia w warunkach wojny nie oznacza wcale, że jest spokojniej i bezpieczniej. Wczorajsza noc była wyjątkowo głośna. Bez przerwy słychać było jakieś wybuchy i wystrzały. Na szczęście „nasi chłopcy” z kijowskiej obrony przeciwlotniczej pracują niezmordowanie dzień i noc. Oni mi trochę przypominają miecz i tarczę, trzymane w rękach Archanioła Michała, którego figury stoją w centrum stolicy na Majdanie Niezależności nad bramą Sofii, a także w naszej klasztornej kaplicy. Podczas śniadania o wyjątkowo niespokojnej nocy mówił mi Pietro, reporter jednej z włoskich gazet, który na kilka dni zatrzymał się w naszym klasztorze. Swoją drogą podziwiam tego Włocha, że ani razu nie narzekał na ukraińską kuchnię, a jest w tym kraju pierwszy raz.

Przechodzenie od romantyzmu pierwszych dni wojny do pragmatyzmu jej kolejnego miesiąca to także powroty do pozostawionych niedawno domów i mieszkań. Codziennie spaceruję późnym wieczorem po naszym klasztornym podwórku z różańcem w ręku. Nie zawsze udaje mi się go odmówić w całości, bo czasem zbyt wiele myśli nie pozwala dokończyć kolejnych tajemnic. Przypatruję się otaczającym nasz klasztor ze wszystkich stron budynkom mieszkalnym. Jeden z nich ma ponad 20 pięter. Przybywa zapalonych świateł. Przybywa więc ludzi, którzy wracają do siebie, choć wcale nie jest bezpieczniej ani ciszej. Dobrze tym, którzy mają gdzie wrócić. Niestety ta wojna odebrała już domy setkom tysięcy ludzi. Mariupol, Charków, Czernihów, Irpień, Hostomel… długa litania ruin i ludzkich tragedii.

Jestem przekonany, że większość uchodźców z Ukrainy, nawet tych, którym bomby zabrały dach nad głową, nie czuje się bezdomnymi – mają swoją ojczyznę i nadzieję, że będzie wolna i powstanie z ruin. Zakończę słowami polskiego poety Adama Zagajewskiego, urodzonego we Lwowie, z którego uciekał wraz z rodzicami w 1945 roku: „Być bezdomnym nie znaczy, że mieszka się pod mostem albo na peronie mniej uczęszczanej stacji metra (jak na przykład, nomen omen, stacja Europa na linii metra Pont de Levallois – Gallieni); oznacza tylko tyle, że dotknięta tą skazą osoba nie potrafi wskazać ulicy, miasta czy osady, które byłyby jej domem, jej – jak zwykło się mówić – małą ojczyzną” (z eseju: „Dwa miasta”).

Wyszło dziś tak trochę poetycko…

Z serdecznymi pozdrowieniami z Kijowa i prośbą o modlitwę,
Jarosław Krawiec OP, Kijów, 30 marca, godz. 19:00

***
O. Jarosław Krawiec OP jest przełożonym dominikańskiego klasztoru w Kijowie. To, co pisze, jest przede wszystkim skierowane do braci i sióstr dominikanek oraz dominikańskiego środowiska, więc nie zawsze i nie wszystko może być czytelne. W swoich relacjach stara się odnosić do miejsc związanych z dominikanami, gdzie są ich klasztory, a więc Kijów, Fastów, Charków, Chmielnicki, Czortków i Lwów. Dzieli się tym, co widzi swoimi oczami i słyszy swoimi uszami lub oczami i uszami swoich braci, sióstr czy ludzi, którzy są w Ukrainie. 

Wiele osób pyta o. Krawca, jak można pomóc. W tym momencie pomoc rzeczowa z perspektywy Kijowa jest niemożliwa – nie są w stanie w żaden sposób jej dowieźć czy ją koordynować. W Kijowie toczą się walki i wokół też. Można wpłacić ofiarę na konta – pieniądze już się przydają, bo można coś kupić, płacąc kartą, a będą bardzo potrzebne, jak sytuacja się trochę uspokoi.

POLSKA PROWINCJA ZAKONU KAZNODZIEJSKIEGO O.O DOMINIKANÓW
PL03 1600 1374 1849 2174 0000 0033 PLN
PL52 1600 1374 1849 2174 0000 0024 EUR
PL73 1600 1374 1849 2174 0000 0034 USD
SWIFT CODE BANKU: PPABPLPK
Z dopiskiem: Wojna na Ukrainie