Drogie Siostry, Drodzy Bracia,

Ojciec Igor odprawił dziś Mszę św. w naszej kaplicy. To już trzecia jego prymicyjna Eucharystia po Fastowie i Chmielnickim, ale za to pierwsza w Kijowie. Specjalne błogosławieństwo Igora jest źródłem łask. Wygłosił też wyśmienitą homilię. Słuchając, jak mówił o św. Szczepanie, o tym, co czyni nas szczęśliwymi i o Duchu Świętym, który jednoczy, pomyślałem, że z całą pewnością modlitwa tak wielu z Was na całym świecie, wyprosiła o. Igorowi łaskę przepowiadania, ową "gratia praedicationis", tak ważną dla każdego dominikanina. Proszę, módlcie się dalej za naszego młodego kapłana czasu wojny.

W czwartek rano wyruszyliśmy do Charkowa z o. Andrzejem, który zdecydował się powrócić do swojego klasztoru, z którego wyjechał jeszcze przed wybuchem wojny. Dłuższy czas wraz z prowincjałem wahaliśmy się, czy powinien tam teraz wracać. Ale Andrzej nalegał, że chce być z ludźmi, którym wcześniej posługiwał. Nasz klasztor znajduje się w zachodniej części miasta, czyli od strony Kijowa, a nie Rosji, do granicy z którą jest tylko 40 km. Na szczęście, bo szybko przekonujemy się, że dzielnica, która nazywa się Nową Bawarią, nie została mocno zniszczona. W domu zastaliśmy dwie rodziny, które na skutek wojny straciły dach nad głową i zamieszkały w klasztorze. Czekał na nas smaczny obiad – popularny tu płow oraz ukraiński barszcz. Ugotowała go pani Luda. Jej mieszkanie zostało mocno zdewastowane, gdy w pobliżu spadł zestrzelony rosyjski samolot. Miała wielkie szczęście, bo wracając z pracy, zdążyła wejść do klatki schodowej i wtedy nastąpił wybuch. Gdyby była jeszcze na chodniku, zginęłaby jak inni przechodnie. Odniosła niewielkie obrażenia. Jej mąż, który był w domu, miał poważnie poranioną nogę. „Od tego momentu, kiedy są alarmy, to się boję, a tym bardziej, jak słyszę wybuchy. Kiedyś już prawie położyłam się na chodniku, tak się wystraszyłam – opowiada. – Mąż mnie powstrzymał”. Jest też młodsza rodzina z 2,5-letnim synkiem. Podczas spaceru z o. Andrzejem kupiliśmy chłopczykowi zestaw samochodzików strażackich. Był naprawdę szczęśliwy!

Następnego dnia wybraliśmy się na spotkanie z księżmi pracującymi przy katedrze. Idziemy pieszo kilka kilometrów do najbliższej stacji metra, bo autobusy kursują bardzo rzadko. Ojciec Andrzej zaproponował drogę obok malowniczego jeziora. Nie znałem tego miejsca. Żartuję, że chyba do nich przyjadę w tym roku na urlop. Docieramy w południe do centrum Charkowa. Na jednym ze skwerów diecezjalna Caritas udziela pomocy humanitarnej mieszkańcom miasta. Są tłumy. Ksiądz Wojciech, dyrektor Caritas, opowiada, że rozdają jedzenie dla ponad 2000 osób. Chcąc ominąć czekających ludzi, weszliśmy na trawnik, za co zaraz nam się oberwało od pilnujących porządku policjantów. Bardzo mnie to rozbawiło w tej sytuacji.

Po obiedzie, który zjedliśmy razem z wolontariuszami, ks. Wojciech zabiera nas na Sałtiwkę, jedną z najbardziej zniszczonych dzielnic Charkowa. Zajeżdżamy najpierw do parafii prowadzonej przez Zgromadzenie Księży Misjonarzy. W piwnicach kościoła św. Wincentego a Paulo od 24 lutego mieszka kilkanaście osób, głównie starsze kobiety. Idziemy je odwiedzić. Od kilku dni znów nie ma tam prądu, więc panują całkowite ciemności. Panie bardzo serdecznie nas przyjmują. Dobrze znają ks. Wojtka i cieszą się z jego wizyty. Namawiamy 82-lenią panią, by nam coś zaśpiewała. Baba Wira, bo tak się przedstawia, odnajduje najpierw swoją torbę i szuka grzebienia. Chce ładnie wyglądać, bo kiedy weszliśmy do piwnicy, panie drzemały. „A co mamy robić w tych ciemnościach” – mówią. Słuchamy, jak nasza wiekowa artystka wyśpiewuje ludową ukraińską pieśń o Hali, która szła po wodę.

Kawałek dalej zatrzymujemy się przed klatką schodową jednego z wysokich budynków mieszkalnych Sałtiwki. Blok nie jest bardzo zniszczony, choć część okien jest wybita. „To tutaj, w piwnicy, mieszka już trzeci miesiąc kilka rodzin z dziećmi” – wyjaśnia nam ks. Wojciech. Za chwilę w wyjściu z piwnicy pojawiają się ludzie. Pierwsze wybiegają dzieciaki, mrużąc oczy, bo nie ma teraz prądu, a na zewnątrz świeci piękne słońce. Wszyscy serdecznie witają się z ks. Wojtkiem i nami. Dzieci od razu zaczynają opowiadać, co właśnie robiły, pokazują nadmuchane balony i usprawiedliwiają się, że nie mogły namalować ks. Wojtkowi rysunków, bo jest ciemno. Pytam, czy mogę zobaczyć, jak mieszkają. Bez problemu prowadzą mnie na dół. „Tylko ostrożnie, jest ciemno!"– mówią moje przewodniczki. Ratują nas telefony i latarki, które chwilę wcześniej ks. Wojciech podarował dzieciom. Podłoga piwnicy to po prostu ziemia, więc w powietrzu unosi się pył. Kobiety pokazują kolejne pomieszczenia, gdzie mieszkają wraz ze swoimi rodzinami. Mają materace lub skromne, rozkładane łóżka. W jednym z pomieszczeń zrobili „łazienkę”, czyli bardzo prymitywny prysznic i toaletę wkopaną w ziemię. Wychodzę bardzo poruszony. Noszę tych ludzi do dziś w sercu i pamięci. Dlaczego zdecydowali się tam pozostać? Czemu nie wyjechali jak inni lub po prostu nie wrócą na górę do swoich mieszkań?

Rozmawiamy o tym z o. Andrzejem i ks. Wojtkiem. Wielu ludzi obawia się kolejnych bomb i rakiet, bo choć teraz jest spokojniej, to w dniu, w którym przyjechaliśmy do Charkowa, w innej części miasta znowu zginęło 8 osób, w tym pięciomiesięczne dziecko. Żyjący w piwnicach lub na stacjach metra ludzie boją się wyjazdu, bo mówią, że nie mają do kogo ani gdzie jechać. Niektórzy liczą, że wojna skończy się szybko. Widać, że z każdym jej dniem coraz więcej ludzi ma coraz mniej sił. „Rozmawiałem wczoraj z jakimś chłopcem i jego rodzicami – opowiada ks. Wojtek. – Cała jego klasa wyjechała. Są w Polsce, w Niemczech, na zachodniej Ukrainie. Dzwonią do siebie i uczestniczą w lekcjach on-line. Pytam: Czy nie myśleliście, żeby wyjechać? A oni mówią: «Tu jest nasz dom». I co mam im powiedzieć?”. Ksiądz Wojciech dodaje: „Dla tych ludzi bardzo ważna jest nasza obecność. To, że nie zostali sami, że jesteśmy z nimi, że uściśniemy dłoń, obejmiemy się. To jest największe wsparcie i pomoc, jaką możemy dać tym osobom”. Po ponad trzech miesiącach wojny coraz bardziej to rozumiem i słuchając ks. Wojtka, wiem, że nie mówi pustych słów. Pół dnia spędzam z nim w Charkowie i widzę, że on tym naprawdę żyje, a dla ludzi w potrzebie stał się prawdziwym bratem, a czasem ojcem.

W sobotę jedziemy z żoną polskiego ambasadora do Fastowa. Pani Monika wraz z dziećmi na początku wojny wyjechała do Warszawy, a jej mąż – obok nuncjusza apostolskiego, jako jedyni dyplomaci – pozostał w ostrzeliwanej stolicy. W Warszawie Pani Monika cały czas była i jest zaangażowana w pomoc Ukrainie, a przede wszystkim wraz ze świeckimi wolontariuszami z grupy Charytatywni – Freta w pomoc Domowi św. Marcina de Porres w Fastowie. Chyba tylko Pan Bóg, no i może jeszcze o. Misza, wiedzą, jak wiele konkretnej pomocy mogło się zrealizować dzięki jej wsparciu. Nie mogła się już doczekać, kiedy wreszcie przyjedzie do Ukrainy. Miło było widzieć jej radość, gdy dotarliśmy do Fastowa. Tym większą, gdy pojawił się o. Misza. „Widzimy się on-line i słyszymy prawie codziennie od początku wojny, organizując pomoc, ale teraz wreszcie możemy się spotkać osobiście!” – mówi w samochodzie. Po śniadaniu i omówieniu różnych spraw jedziemy razem z Pani Moniką, o. Miszą i wolontariuszami do zniszczonych miejscowości. Kolejni ludzie opowiadają nam swoje poruszające historie. W Makarowie stoimy przed kompletnie zrujnowanym i spalonym domem. Ludzie mówią o bombach fosforowych, po których wybuchu nie dawało się zagasić ognia. Czy to była ta, czy inna amunicja, nie wiem. Faktem jest, że domy są kompletnie wypalone. Kobieta pokazuje nam na ledwo widoczne, namalowane na resztce okopconej ściany serce. „Córka bardzo płacze – opowiada nam – bo wraz z domem straciła jedyną pamiątkę po tragicznie zmarłym kilka lat temu ojcu. To on zrobił jej pokój i wszystko, co tam było, przypominało go. Teraz nie ma już taty i nie ma tego, co zrobił własnymi rękoma”. Wojna jest brutalna również w tym wymiarze – kradnie pamięć, wspomnienia, rodzinne pamiątki, to, czego nie da się odkupić czy odbudować.

W Andriivce obserwujemy, jak wolontariusze kończą budowę dachu nad przygotowywanym do zamieszkania dawnym pomieszczeniem gospodarczym. Obok są zgliszcza domu. Rozmawiamy ze starszym małżeństwem. Wśród spalonych rzeczy są dwie maszyny do szycia. Pani Monika zainteresowała się ich historią. Okazało się, że wywołała przy tym swoim pytaniem małą sprzeczkę małżeńską. „Po co o tym opowiadasz – denerwuje się starszy pan. – Tobie nie żal domu, tylko tych maszyn do szycia”. „Mówię, bo mnie pytają” – odpowiada nieco zmieszana żona. Ale za moment sam gospodarz pokazuje mi i dwom chłopakom z Fastowa miejsce, gdzie stał garaż i samochód. Wszystko doszczętnie spłonęło. Każdy tu ma swoje małe i większe skarby, które zostały mu odebrane. Ten pan przeżył rosyjską okupację w piwnicy. Najpierw w swojej, z której po kilku dniach wyrzucił go siłą żołnierz, a później u sąsiadów. Za kilka dni z żoną wreszcie będą mogli zamieszkać znów u siebie. Ojciec Misza obiecuje przywieźć im lodówkę. „Tylko taką niewielką, duża nam niepotrzebna” – prosi sympatyczny starszy pan, częstując się papierosem. Nie pierwszy raz jestem w tych wioskach i nie pierwszy raz widzę, że zawsze któryś z naszych wolontariuszy ma czym poczęstować miejscowych mężczyzn. No cóż, ktoś marzy o kawie, ktoś inny, by zapalić.

W Charkowie ks. Wojtek opowiadał, że ostatnio coraz częściej jest wzruszony, kiedy przychodzą ludzie i mówią: „Nam pomogli, dlaczego my mam komuś nie pomóc. Co możemy zrobić?”. Przypomina mi się zapamiętana z wykładów teologii zasada "bonum est diffusivum sui", że dobro ze swojej natury się rozlewa. Święty Tomasz z Akwinu uczył, że Bóg dał nam nie tylko istnienie i życie, lecz także obdarzył zdolnością do samodzielnego działania, do bycia Jego współpracownikami. Bardzo bliskie jest mi to myślenie, a obserwując codziennie wspaniałych, dobrych ludzi w Ukrainie i w świecie, wiem, że również jest ono bardzo prawdziwie. Możemy być współpracownikami Boga, ilekroć czynimy dobro.

Z pozdrowieniami i prośbą o modlitwę,
Jarosław Krawiec OP, Kijów, 29 maja, godz. 14.40.