Byłem pomiędzy tymi, którzy uciekli sprzed walących się na ich oczach domów. Domów, w których mieszkali, w których jeszcze niedawno zasiadali do świątecznego stołu. Zatrzymali się na chwilę we Lwowie. Rozmawiałem z księdzem, który oddał im swój pokój i łóżko, a sam zamieszkał w zakrystii, śpiąc na materacu. Powiedział mi, że teraz dopiero zrozumiał, co ma na myśli papież Franciszek, który tak konsekwentnie apeluje o otwartość na uchodźców. 

Rodzina, która jeszcze dwa dni temu spędziła noc w płonącym Charkowie, kryjąc się na stacji metra. Spali na stojąco, oparci o siebie, na torach. Na peronie nie było już miejsca. Dziś są we Lwowie i zastanawiają się, w jakim kierunku mają iść. 

Lwów przygotowuje się do obrony. Na wjazdach do miasta rosną barykady. Wartownik świeci po oczach latarką i zadaje służbowe pytania. 

Czytam proroka Izajasza: „Jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem” (Iz 58, 10).

Kiedy wychodziłem z domu wypełnionego uchodźcami, zatrzymały mnie dzieci. Zrób nam zdjęcie – poprosiły. Miały piękne oblicza. Jakby z innego świata. A przecież uciekły spod zgliszcz płonącego miasta. 

***
ks. Mariusz Krawiec, paulista. Urodził się we Wrocławiu. Od 7 lat pracuje we Lwowie.

foto ks. Mariusz Krawiec SSP