Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: ”Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: «Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć». Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.

 

”Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”.

Dla Semity „nienawidzić” oznaczało „miłować mniej”. Ale fakt faktem – to, co powiedział Jezus o nastawieniu do rodziców w społeczeństwie, które najbardziej ceniło sobie oddawanie czci rodzicom i które uznawało to za największy obowiązek, a rodzinę za największą radość człowieka, było co najmniej obraźliwe. Żydowscy nauczyciele zwykle domagali się od swoich uczniów swoistego szacunku i miłości, ale jedynie dla Boga rezerwowano całkowite poświęcenie, jakiego żąda od swoich uczniów Jezus.

Czy bycie uczniem Jezusa musi oznaczać przysłowiowe palenie mostów za sobą i rozstanie z wszystkimi najbliższymi mi osobami? Jak Pan Bóg może być zazdrosny o czułość matki, dobre wskazówki ojca, wsparcie brata czy siostry, miłość przyjaciela, wzajemne sobą zainteresowanie?

A jednak miłość Boga do nas jest zazdrosna: „Zazdrosna miłość Pana Zastępów tego dokona” (Iz 9,6).

Ewangelia kryje w sobie niezwykłą moc przemiany każdej ludzkiej relacji. Wszystko musi przejść próbę i weryfikację, żeby odzyskać pierwotny blask piękna i ostatecznie się dopełnić. Nasza ludzka słabość uwidacznia się w syndromie nieobecnego ojca, nadopiekuńczej matki, niezdrowej rywalizacji pomiędzy rodzeństwem czy po prostu w egoizmie w czystej formie. Ogólnie rzecz biorąc, ulegamy ogromnej pokusie zawładnięcia drugim człowiekiem. Na różne sposoby, ale jednak potrafimy przesłonić sobie cały świat jedną osobą. W ten sposób tracimy zdolność nabierania dystansu, bez którego nie jesteśmy w stanie być prawdziwie wolnymi ludźmi. Jezus pragnie nas wyzwolić z wszelkich nieuporządkowanych pragnień i uczy przeżywać każdą naszą ludzką więź, relację w jedności z Nim samym. On bowiem daje nam gwarancję wolności. Jeśli to, że jestem ojcem, matką, synem, córką, bratem albo siostrą i w końcu to, że jestem sobą samym – jeśli to nie przeszkadza mi być uczniem Jezusa Chrystusa, jeśli to się w żaden sposób nie wyklucza, to mogę być spokojny. Zdrowa jest moja miłość.

„Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem”. Niesienie krzyża na miejsce egzekucji było powodem najgorszych szyderstw i wystawieniem się na pośmiewisko. Nikt sobie nie życzył takiego losu. Tymczasem Jezus stawia ten warunek swoim prawdziwym uczniom: właśnie taki los wybrać, a nawet uznać swoje życie za godne nienawiści - ze względu na Niego.

„Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: «Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć»”. Słuchacze Jezusa byli świadkami, jak źle wybudowany amfiteatr zawalił się na pięć tysięcy osób. Powszechnie znano przypadki zawalenia się niedokończonych bądź też fatalnie skonstruowanych budowli. Te słowa Jezusa mają nade wszystko pokazać wstyd budowniczego, który nieroztropnie podjął się pracy i teraz musi ponieść ciężar utraty honoru, tak cennego dla ogółu społeczeństwa.

„Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju”. Znany był powszechnie fakt niedawno przegranej wojny Heroda Antypasa z innym wasalem Rzymu. Słuchacze Jezusa zapewne dobrze rozumieli skutki nazbyt ryzykownej interwencji zbrojnej. Jezus więc uczy, że podejmując decyzję bycia Jego uczniem, trzeba się zapoznać z „kosztami”.

„Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Wielu spośród starożytnych podejmowało życie w radykalnym ubóstwie (esseńczycy, niektórzy greccy filozofowie). Większość Żydów jednak uważała to za przejaw fanatyzmu. Podkreślano znaczenie dobroczynności, nie zaś pozbywania się swoich dóbr. Uczniowie Jezusa, zgodnie z tym, co opisują Dzieje Apostolskie (por. 2,44-45), nie wyrzekali się majątków, lecz dzielili się ze sobą wszystkim, co posiadali. Pomimo to Jezusa uważano za jednego z najbardziej radykalnych nauczycieli, bo głosił, że kto wyżej ceni majątek niż ludzi i zabiega o gromadzenie i pomnażanie go, zamiast zaradzać potrzebom innych, ten nie może być Jego uczniem.

Żądanie Jezusa jest twarde: aby być prawdziwym uczniem Jezusa, trzeba zrezygnować nie tylko z jakiegokolwiek majątku, ale pójść za głosem Bożego powołania do samego końca!