Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim sam odprawi tłum. Rozstawszy się więc z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: «Odwagi, to Ja jestem, nie bójcie się!». I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Wtedy oni tym bardziej zdumieli się w duszy, nie zrozumieli bowiem zajścia z chlebami, gdyż umysł ich był otępiały.

 

Nie rozumiem, dlaczego odpłynęli w stronę Betsaidy, zostawiając Jezusa na brzegu i pozwalając, by sam odprawiał tłumy. Nie rozumiem, dlaczego przyszedł do nich dopiero około czwartej straży nocnej (to znaczy nad ranem!), pozwalając im przez całą noc walczyć z przeciwnym wiatrem. Nie rozumiem, dlaczego chciał ich minąć... Nie rozumiem, dlaczego przyczyną tego, że się zatrwożyli, był fakt, że zobaczyli Go wszyscy. Nie rozumiem, dlaczego wiatr uciszył się dopiero, gdy Jezus wszedł do łodzi. Nie zawsze potrafię zrozumieć, że kiedy mówi: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się” – to naprawdę nie trzeba się bać...

Być może nie rozumiem, bo nie pojąłem jeszcze „zajścia z chlebem” – i wciąż mi się wydaje, że chrześcijaństwo to akcja charytatywna na dużą skalę.