W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła moja godzina”. Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem, i nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli, przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

 

Nasze życie złożone jest z chwil, dłuższych lub krótszych, ważnych i nieznaczących, tych, które wywołują w nas duże emocje, i tych, których nawet nie zauważamy. Do wielu z nich zapraszamy bliskich nam ludzi, szczególnie wtedy, gdy przeżywamy radość. Trudniej, gdy dotyka nas cierpienie, bo tu naprawdę trzeba nam przyjaciół wypróbowanych. Są też takie chwile, gdy chcemy być sami lub niestety sami zostajemy, gdy bardzo tego nie chcemy.

Czy w którejkolwiek z tych chwil myślimy o tym, by zaprosić do nich Jezusa? Czy jest w nas takie pragnienie, czy choćby potrzeba?

Jak to jest? A może zauważam, że tylko niektóre z nich odsłaniam przed Chrystusem, a w niektórych wydaje się, że nie wypada, że może to głupie?

Czy są takie chwile i momenty w naszym życiu, które są Jemu obce? Na pewno nie. 

Nie miej więc jakiegokolwiek oporu, by zapraszać Jezusa do siebie.

Ja zapraszam Go jutro na ślub, zapraszam Go jako Oblubieńca.