Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

 

Od kilku dni w kościele czytane są różne fragmenty Ewangelii, które mówią o uzdrawianiu chorych, a także o uwalnianiu od złych duchów.

Jezus uzdrowił i uwolnił wielu, ale nie wszystkich. Dlaczego? Kluczem wydają się być słowa z dzisiejszej perykopy ewangelicznej.

Złe duchy wiedzą, kim jest Jezus, dlatego zabrania im, żeby o tym mówiły. Ludzie jednak mają z tym problem. Jezus przychodzi do swoich, aby dać im pełnię życia, aby nie cierpieli, nie mając w nim udziału. Jednak najpierw trzeba zauważyć, że nie żyję prawdziwym życiem, że wegetuję. Choroby fizyczne widać i nie ma większych problemów, by się do nich przyznać, ale z chorobami duchowymi jest trudniej. Trudniej, bo często ich nie zauważamy, a jeśli już, to ciężko nam się do nich przyznać i nazwać je, stając w całej prawdzie. W jednym i drugim przypadku potrzebujemy lekarza. Czy widzę w Jezusie Tego, który jest jedno z Ojcem i może wszystko? Czy potrafię zaufać, że wie, kiedy uleczyć, a kiedy pozostawić chorobę, by paradoksalnie być bliżej Niego, by nie popaść w samozadowolenie i wszechogarniającą pychę?

Jezu, daj nam łaskę poznania Ciebie takim, jakim jesteś naprawdę. Daj łaskę trwania przy Tobie w naszych bolączkach, ufając, że tylko Ty wiesz, co dla nas dobre, co zaprowadzi nas do nieba – odzyskanie zdrowia czy doświadczanie niemocy.