Do Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016 zostało dokładnie osiem miesięcy. W Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach od roku trwa cykl duchowych przygotowań. „Łagiewnickie 22”, bo taką nazwę noszą spotkania, które odbywają się dwudziestego drugiego dnia każdego miesiąca w kaplicy z relikwiami św. Siostry Faustyny, weszły one właśnie w nową fazę. Konferencje w przyszłych miesiącach będą skupione wokół wezwań modlitwy „Dopomóż mi Panie” zapisanej w „Dzienniczku”, a którą cytuje papież Franciszek w orędziu na ŚDM Kraków 2016. Chodzi o prośby Apostołki Miłosierdzia o miłosierne oczy, słuch, język, ręce, nogi i serce.

Listopadowa „Łagiewnicka 22” rozpoczęła zatem bezpośrednie przygotowanie do ŚDM, których hasłem są słowa Jezusa: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Gość specjalny rocznicowej „Łagiewnickiej 22”, bp Grzegorz Ryś zwrócił uwagę, że błogosławieństwa z Kazania na Górze należy czytać od końca, wówczas mówią o szczęściu, które wynika z tego, kim dla człowieka jest Bóg. „Szczęśliwi, którzy miłosierdzia dostąpią” – mówił bp Ryś wyjaśniając, że nie chodzi o rodzaj handlu, że tymi, którzy dostąpią miłosierdzia będą ci, którzy czynią miłosierdzie. „Pan Jezus umarł za nas, gdyśmy wszyscy byli grzesznikami. Jego miłosierdzie jest wcześniejsze. Bóg nas kocha jako grzeszników. I na tym polega całe szczęście, szczęście niebywałe. Kto tego szczęścia nie odkrył, doświadcza w życiu strasznego dramatu” – zauważył krakowski biskup pomocniczy.

Przy okazji listopadowej „Łagiewnickiej 22” zapytałem bp. Grzegorza o jego osobiste doświadczenie miłosierdzia, o to, kiedy poczuł się w miłosiernym objęciu Boga Ojca i czy to jest wydarzenie jednostkowe czy może powtarzalne. - To jest wydarzenie ciągłe – odpowiedział właściwie bez zastanowienia bp Ryś i podkreślił, że biskup grzeszy jak każdy inny człowiek. - Zapewniam was, że sakra biskupia nie chroni przed możliwością grzechu. Ale mam taką zasadę, że jeśli zgrzeszę, to idę do spowiedzi „od strzału”. Nie odkładam tego na pojutrze, nawet na pojutrze. To wymaga wiary w to, że Bóg jest miłosierny i że takiego drania, jakim jestem, kocha – mówił krakowski biskup pomocniczy i powtarzał, że doświadczanie miłosierdzia od Boga Ojca jest doświadczeniem ciągłym w jego życiu. Namacalnie jest ono związane z sakramentem pokuty i pojednania. Pierwszą taką spowiedź ksiądz biskup przeżył jako licealista u dominikanów. Musiało to być rzeczywiście mocne doświadczenie, bo jest ciągle żywe w pamięci bp. Grzegorza.

- Poszedłem do tej spowiedzi z bardzo dużym strachem. Byłem pewien, że te grzechy, które wyznaję, to naprawdę grzechy ciężkie; byłem nimi przerażony. Z trudem to wyznanie złożyłem zakonnikowi, którego nie znam - nie wiem, który to był, ale myślę, że to Pan Jezus był na moment u dominikanów. I ten ojciec powiedział mi tak: „dziecko, niedaleko jesteś od Królestwa niebieskiego”. To było wszystko, co wtedy usłyszałem; po wyznaniu, które dla mnie było jednym z trudniejszych doświadczeń. On mówi: „dziecko, niedaleko jesteś od Królestwa niebieskiego”.

Choć od wydarzeń minęło ponad trzydzieści lat, biskup do dzisiaj pamięta tę spowiedź. Druga opowieść o doświadczeniu miłosierdzia związana jest z czasami seminaryjnymi Grzegorza Rysia. Dziś biskup mówi o tym zdarzeniu jako „totalnym zaskoczeniu”.

- Myśmy mieli takiego ojca duchownego, który na każdej konferencji wyrzucał nas z seminarium. Taki miał ton przepowiadania. Przykład pierwszy z brzegu. Konferencja. „Może masz jakieś 'ale'? Bo możesz mieć jakieś 'ale'. Ale jeśli je masz, to zostały ci trzy rzeczy do zrobienia: spakuj się, pożegnaj się i zamknij za sobą drzwi!”. To był nasz kochany ojciec duchowny, którego nazwisko zachowam dla siebie. A ja miałem takie poczucie od samego początku, że to ma być gość, do którego ja pójdę do spowiedzi i on będzie moim stałym spowiednikiem przez sześć lat w seminarium, a jak Pan Bóg będzie chciał, to i dłużej – mówił biskup Grzegorz, który wyraźnie był wówczas zdziwiony tym swoim wewnętrznym przekonaniem. Ojciec duchowny, o którym opowiadał bp Ryś wywoływał w kleryku taki strach, że włosy stawały mu dęba.

Doświadczenie miłosierdzia, o którym jest przecież ta opowieść, nie pojawiło się od razu, przy pierwszej spowiedzi. Dlaczego?

- Przez pierwsze półtora roku byłem tak szczery przy tych spowiedziach, jak ci penitenci, którzy przychodząc teraz do mnie, liczą na to, że się sam domyślę, co złego w życiu zrobili. Starałem się go jakość naprowadzać na to, żeby wiedział, z kim ma do czynienia – mówił nieco żartobliwym tonem bp Ryś, przypominając, że w seminarium klerycy spowiadają się co tydzień. - Mówię o tym teraz lekko, ale to nie było lekkie doświadczenie. Wiedziałem, że w końcu będę musiał stanąć w prawdzie. Po półtora roku w końcu wywaliłem wszystko kawa na ławę. Mówię: „półtora roku temu powinienem to powiedzieć”. A on patrzy na mnie i mówi: „dziecko, ja to wiedziałem od samego początku”. Naprawdę tak powiedział: „dziecko, ja to wiedziałem od samego początku”. I ja do dziś tego chłopa kocham, czasami się jeszcze widujemy. On sobą pokazał mi miłosierdzie Pana Boga. Przecież nie kłamał, jak powiedział, że półtora roku dobrze wiedział i czekał, aż ja dojrzeję do tego, żeby swój problem ostatecznie wypowiedzieć. Potrafił te półtora roku przeczekać. Nie gwałcąc mnie, nie depcząc, nie drąc się na mnie, nie mówiąc: „pieronie jeden, widzę, że jest coś; mów, bo widzę, o co chodzi, a jak nie, to wynocha” - wspominał bp Ryś, zaznaczając, że ojciec duchowny z jego opowieści na ambonie wyrzucał kleryków z seminarium przy każdej okazji, ale w konfesjonale był człowiekiem o niesamowitej miłości i cierpliwości, niewyobrażalnej wręcz. „Taki gołąbek” - mówi bp Grzegorz.

Biskup opowiedział jeszcze o trzecim doświadczeniu miłosierdzia, które nie było jego osobistym udziałem, ale którego był świadkiem. Początkowo nie rozumiał tego, co się wydarzyło. Dopiero po latach to odkrył.

- Jako ksiądz prowadziłem rekolekcje dla sióstr zakonnych. Przyszła do spowiedzi siostra, która czuła się tak, jak ja przy tych pierwszych spowiedziach w seminarium. Miała poważny problem, żeby wypowiedzieć swoje wyznanie (obiektywnie mówiąc - miała się czego bać). Było dość ciężko. Słuchałem tego, co ona mówi i przypominałem sobie dominikanina z mojej licealnej spowiedzi. I jak ona skończyła, to ja mówię: „siostro, jesteś niedaleko od Królestwa Bożego”. A ona myk i leży jak długa. Dzisiaj wiem, że to był spoczynek w Duchu Świętym, ale wtedy rzuciłem się po wodę i po lekarza. Ale niezależnie od tego, że nie rozumiałem, co się stało, to jedno wiedziałem - doświadczenie wybaczenia powaliło ją, ale to kompletnie. Wstała z tej ziemi jako nowy człowiek.

Dużo do myślenia daje fakt, że wszystkie trzy historie, przywołane przez krakowskiego biskupa pomocniczego, a które on określa jako „doświadczenie miłosierdzia,” związane są z sakramentem pokuty i pojednania. To uświadamia wagę i możliwości tego wydarzenia, które ma miejsce w konfesjonale. To motywuje do dobrego przeżywania tego sakramentu. Trzeba pewnie zacząć od pięciu warunków dobrej spowiedzi, ale wydaje się, że istotniejsza jest świadomość, z Kim człowiek spotyka się w czasie tego wydarzenia; że w konfesjonale czeka Ojciec, który wyciąga do nas swoje miłosierne ramiona, żeby z tą niepowtarzalną miłością nas do siebie przytulić. W tej perspektywie chcę przeżywać zbliżający się Jubileuszowy Rok Miłosierdzia.