Obrazek pierwszy:
Program śniadaniowy jednej z największych prywatnych stacji telewizyjnych w Polsce. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych par prowadzących. I one dwie – Ola i Ania. Jak głosi tytuł tej części programu – „mamy nieidealne”. Modnie ubrane, dobrze uczesane i pomalowane, radosne i uśmiechnięte. I w bardzo pozytywny sposób opowiadają o macierzyństwie. Mówią z przekonaniem wskazując na wartość tego co robią i jak żyją, a do tego przedstawiają to z przymrużeniem oka, z dystansem do siebie – po prostu atrakcyjnie dla dziewczyn (ale i nie tylko) w ich wieku, czyli przed trzydziestką. A poruszają kwestie raczej niepopularne w tzw. mainstreamie: o tym, że bycie mamą i spędzanie czasu z dziećmi daje im spełnienie i w ten sposób realizują swoją „karierę”; każda ma jednego i tego samego męża, z którym związała się już na studiach, albo jeszcze wcześniej, a współżycie rozpoczęli dopiero po ślubie; inspiracją i wyznacznikiem „jak żyć?” jest dla nich Biblia i Bóg, w którego wierzą, a w ogóle to obie w tej chwili spodziewają się trzeciego dziecka, a w przyszłości myślą o większej rodzinie, bo „dzieci są fajne”.

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział o kim mowa, to polecam kanał Mama Lama na YouTubie.

Obrazek drugi:
Rodzinny dramat. Śmiertelne wady poczętego dziecka. I decyzja o tym, żeby dzieciątko przyszło na świat, wyszło ze szpitala do domu, by mogła się z nim poznać reszta rodzeństwa. I świadectwo rodziców zostawiane w mediach społecznościowych. 

Anielka była czwartym dzieckiem Ireny i Macieja, którzy są rodzicami pięcioletniej Rózi, trzyletniej Janki i półtorarocznego Piotrka. W 10 tygodniu ciąży, w czasie tzw. USG genetycznego, usłyszeli diagnozę: bezczaszkowie. Lekarz od raz zaproponował aborcję. Irena stanowczo odmówiła. „Powiedziałam, że w przypadku śmiertelnej choroby któregoś z naszych starszych dzieci, nie odebrałabym im ostatniego pół roku życia. Na co pan doktor przerażony odpowiedział: ale proszę pani, na tym etapie to tylko pigułka” – wspomina mama Anielki.

Anielka urodziła się 1 lutego, w sposób naturalny. W szpitalu została ochrzczona. Rodzice wiedzieli, że wada ich dziecka jest śmiertelna i z punktu widzenia medycyny nie można nic zrobić. Kaczyńscy świadomi, że nie są jedynymi rodzicami, którzy zmagają się z taką historią, postanowili opowiedzieć ją publicznie. „Chciałabym powiedzieć, że przede wszystkim to jest człowiek. Anielka jest człowiekiem. Nie trzeba być osobą wierzącą, by go nie zabić, bo to jest po prostu elementem bycia człowiekiem, by nie podnosić ręki na życie drugiego. Z wiarą jednak lepiej znosi się trudy, które mogą przyjść później” – powiedziała Irena w rozmowie ze Stacją7.

Historia z Anielką przyniosła też inną lekcję Irenie, że należy doceniać wszystkie kobiety, które zdecydowały się urodzić dziecko, chociaż postanowiły po porodzie zostawić je w szpitalu albo oknie życia.

„Problem w “wyborze” aborcji jest wtórny. Pierwotnym problemem jest pomysł by postawić człowieka przed pytaniem: zabić drugiego, czy pozwolić mu żyć? Ale przecież już rozum podpowiada, że taki wybór nie należy do nas, do ludzi. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z człowiekiem bezbronnym i uwięzionym, który nie ma możliwości uciekać. A takim jest dziecko w łonie matki” – dodawał w tej samej rozmowie Maciej.

6 lutego Kaczyńscy zabrali Anielkę do domu. Irena na Twitterze pochwaliła się zdjęciem całej, 6-osobowej rodziny w komplecie. 8 lutego Anielka zmarła. Jej tato napisał na Twitterze: #Anielka Santa Subito.

Obrazek trzeci:
Jeden z najpopularniejszych w kraju reporterów, czy nawet reportażystów. I chyba jedyny w Polsce reporterski tygodnik dołączany do jednej z największych gazet codziennych. I felieton, który autor zaczyna od wyznania, że „ma kłopot z tym, że ludzie klęczą, gdy się modlą”. On, jako niewierzący, uważa, że modlitwa na kolanach to wyraz niepanowania nad swoim życiem, „oddanie swojej woli, wolności i godności” komuś, kto nie wiadomo czy istnieje. Wyrażał to swoje zdanie w kilku wywiadach i doczekał się reakcji. Deklarujący się jako religijny, mężczyzna spod Warszawy tak mu naubliżał, że trudno to nawet przeczytać, bo tekst trzeba było wykropkować w tylu miejscach… Na szczęście felietonista dostał też inną wiadomość.

Pan Mirosław spod Choszczna przysłał tradycyjny list, w którym wyraził smutek, że reporter, którego – należy się domyślać – lubi i szanuje, okazał się być ateistą, bo on sam oddał swoje życie Chrystusowi, gdyż zbyt je ceni, żeby zostawić je na pastwę swych pragnień i pożądań. Reporter przytacza obszerne fragmenty listu pana Mirosława, w którym ten tłumaczy dlaczego klęka do modlitwy przed swoim Bogiem. Na zakończenie pan Mirosław deklaruje modlitwę w intencji reportera, gdyż „zależy mu na nim, na jego szczęściu i życiu nie tylko na tym świecie”.

Mariusz Szczygieł, określający samego siebie jako „bezbożnika” i „miłośnika ironii”, zdaje się, został oczarowany postawą pana Mirosława, bo – jak sam pisze – przywołał ten jego list, żeby mu… podziękować.

***
Można wyśmiewać i krytykować wyzwolonych seksualnie, którzy wielodzietność kojarzą tylko z patologią. Można nazywać mordercami dokonujących aborcję. Można wyzywać od najgorszych krytyków Kościoła i zajadłych ateistów. Można. Ale po co, skoro atak, wulgaryzmy i zmasowana krytyka raczej nie zmienią ich zdania i nastawienia do spraw, które komentują. Tylko przykłady pociągają. A jeszcze atrakcyjna forma, przekaz i postawa pełne miłości i szacunku dezorientują zupełnie. W tym szaleństwie jest metoda!