On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”.

 

Pokłon trzech Mędrców i ich dary, które złożyli Jezusowi, pozostawiły w sercu Maryi i Józefa jeszcze mocniejszą wiarę w Boże działanie w ich życiu. Epifania potwierdziła, że Jezus jest tym oczekiwanym Zbawicielem, którego wyczekiwali ludzie, choć do końca nie wszyscy mieli tego świadomość. I wydawać by się mogło, że ta radosna wieść będzie zataczać coraz szersze i szersze kręgi.

Niestety, narodzenie Króla Pokoju stało się zagrożeniem dla tych, co chcą królować, używając przemocy, wojny, zła. I to trwa, aż po dziś dzień. Bo nie wszyscy cieszą się z narodzenia Chrystusa, nie wszyscy chcą, by co roku o tym przypominano i odnawiano w sobie radość Bożego Narodzenia. Nawet do tego stopnia, że domagają się w imię nieranienia ich uczuć, by składać życzenia „wesołych dni wolnych” albo „z racji świąt” (nie wiadomo jakich). Ta niechęć do tego, co chrześcijańskie ma jeszcze bardziej okrutne oblicze – podobnie jak wobec dzieci z Betlejem. Dlatego wobec dzisiejszej tragedii prześladowań, zamachów, cierpień nie zapominajmy o naszych siostrach i braciach na całym świecie i wspierajmy ich naszą modlitwą.