Chrzest Jezusa

Jan Chrzciciel tak głosił: «Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym». W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie».

 

     Wobec Innego, tzn. najświętszego Boga, chcielibyśmy być jak szklanka wody z repertuaru Beaty Kozidrak, której przejrzystość byłaby gwarantem naszej godności. Wybielanie się jest naszą pasją... Wierzący, albo robią to sami, o czym informuje nas Łukasz, przedstawiając oczyszczające dziękczynienie faryzeusza (18, 11-12), albo pozwalają, by zrobił to Bóg, o czym czytamy dalej.

    Całkiem niedawno, postawiona na ołtarzu, służąca do liturgicznych czynności ampułka czystej wody, uświadomiła mi na nowo to najszczersze pragnienie. Już sporo czasu minęło od wakacyjnego poranka - chwili mojego chrztu. Tej sierpniowej niedzieli byłem jak ta szklanka czystej wody, którą z biegiem lat, powoli, aczkolwiek bardzo skutecznie, zamieniałem w mętną wodę Jordanu. Wtedy też uświadomiłem sobie, że tej czerni Jordanu, którą dane mi było ujrzeć nie tylko w ikonograficznych ujęciach omawianego tematu, lecz także we własnym sercu, o własnych siłach już nie usunę.

    Postanowiłem zatem znaleźć ofiarnego kozła... To, że kogokolwiek szukałem, to oczywiście za dużo powiedziane. Dorzuciłbym nawet, że mocno przesadzone. Kozła nie musiałem szukać - sam przyszedł! Do mojego Jordanu...

    W Księdze Kapłańskiej, jakby na odwrót. Do dorocznej uroczystości Dnia Pojednania, Izraelici wybierali dwa kozły. Jeden z nich stawał się ofiarą dla Pana, a drugi zostawał obarczany niewyobrażalnym ciężarem ludzkich grzechów, których dopuścił się Izrael od ostatniej spowiedzi. Przeprowadzona z głową, na głowie kozła, akcja ratowania ludzkiej głowy, dokonywała się przez włożenie rąk i wypowiedzenie przez Aarona wszystkich przestępstw Izraela (por. Kpł 16, 21).

    To starotestamentalna prefiguracja mojej obecnej rzeczywistości, mojego Jordanu! Wszystko się zgadza..., wszystko jest na swoim miejscu... Jedno jest inaczej: nikt nie szukał kozła, nikt się z nim nie szarpał, jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich (Iz 53, 7b). Kozioł przyszedł sam..., by nałożono na niego ręce i wypędzono go na pustynię.

     Gdzie jej szukać...? - poza miastem, na wygnaniu... Ci, którym Jego los nie był obojętny, niedługo potem natrafili na pozostawione przez Niego pustynne ślady. Wiodły poza miasto! Wiodły do Getsemani, pustyni opuszczenia przez ludzi. Prowadziły na Golgotę, do miejsca opuszczenia przez Boga.

    Jednak starotestamentalna, pustynna przygoda Hagar, albo chociażby ta związana z osobą proroka Eliasza pokazują, że i tam słychać niezatarte aż do skończenia świata słowa: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie (Mk 6, 11). Niezatarte, bo Jordan ciągle się dzieje... Bóg ciągle wmawia sobie: Poślę mojego ukochanego syna, chyba go uszanują (Łk 20, 13).

     Zatem, w kontekście Jordanu, rolnicza przypowieść o rewolcie w winnicy, już więcej nie odnosi się do próby odzyskania plonów z winobrania, lecz do próby odebrania grzechów... Inaczej mówiąc, gospodarz posyła ofiarnego kozła, by nałożono na niego ręce..., by mógł zabrać rolnicze długi...,

     by rolnicy stali się, jak przywołana już tu i ówdzie, szklanka wody...