Jezus powiedział: «Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych». Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił. Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich, owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości».


       W Psałterzu Dawida znalazłem psalm, z pozoru o braterstwie, w istocie o wolności... Jego teleexpresowa budowa pozwala mi dziś przytoczyć go w całości: O jak dobrze i miło, gdy bracia mieszkają razem! Jest to jak wyborny olejek na głowie, który spływa na brodę, Aarona, na skraj jego szaty. To  jak rosa Hermonu, która opada na górę Syjon; bo tam udziela Pan błogosławieństwa i życia na wieki. (Ps 133).

       Jedynym pewnym tropem tego psalmu jest osoba Aarona... Okazuje się jednak, że jest to wystarczający trop, biorąc pod uwagę fakt posiadania przez niego brody! Jednak któryż z ówczesnych Żydów mógłby pozwolić sobie na jej brak?! Odpowiedź brzmi: żaden! Ta, należąca do Aarona, jest jednak wyjątkowa, gdyż skąpana w spływającej z głowy, prorockiej cieczy. Zanim tam jednak dotarła, namaściła skórę i włosy starotestamentalnego prawodawcy, któremu niegdyś, pośród stada owiec, Bóg objawił swe imię!

      Mowa tu oczywiście o Mojżeszu, namaszczonym przez Boga proroku, który wpierw Aaronowi, a potem całemu Izraelowi przekazywał cząstkę Bożego Ducha. Nagle zatem, odkrywając powyższe karty, uświadamiamy sobie, że poruszamy się w owym, wydawałoby się zakrytym dotąd, psalmowym schemacie...! Nic nie znaczący ciąg słów: Głowa-Broda-Szata, przekazuje zakodowane treści, wskazujące na osobę Mojżesza, Aarona i całego Izraela!

       Głupcem jednak okazałby się ten, kto sądziłby, że wszystkie karty zostały już odkryte... Tak nie jest! Nadal siedzimy na dziewiątkach, próbując pod zasłoną innych kart, przemycić to, co straciło już swoją aktualność! Ten psalm również ją stracił, umarł, lecz obumarł..., stając się prafigurą przyszłej rzeczywistości. Starotestamentalnego prawodawcę zastąpił nowotestamentalny Baranek. Jego prawą rękę, ten, któremu zmieniono imię i poprowadzono, dokąd nie chciał. W końcu starą szatę Izraela zastąpiła śnieżnobiała, bo wypłukana w męczeńskiej Krwi Baranka tunika wspólnoty Kościoła.

       Czy zatem Koheletowe stwierdzenie nihil novi sub sole - nic nowego pod słońcem - jest nadal aktualne? Jeśli tak, to po co ta zamiana? - Mojżesz na Jezusa, Aaron na Piotra, ślepa, żydowska synagoga na Kościół...? Czy to tylko nowe rozdanie kart, czy coś więcej?

       Może, wkraczającej w nowe millenium ludzkości objawi się, dajmy na to, Jack, którego prawą ręką będzie Kenza, a oni razem nawoływać będą do tego, by wstąpić w ramy organizacji o wdzięcznej nazwie Hey.

       Tak się jednak nie stanie... I to nie dlatego, że, jak głoszą piłkarscy komentatorzy, Jezus zrobił różnicę...,  ale dlatego, że Bóg w rękawie nie ma już żadnej karty. Ostatnią kartą, którą miał, był KRÓL KIER, który pozwolił przebić swoje Serce... I ta cała paradna plejada proroków, właśnie w Nim, odnalazła sens swojego powołania i wybrania!

       Wszyscy oni byli wezwani do przeprowadzki: Abraham, by wraz z rodziną opuścić Charan i udać się do Kanaanu. Mojżesz, by wraz z Izraelitami wyjść z Egiptu i posiąść na własność Ziemię Obiecaną. Więksi i mniejsi prorocy zostawili swoje domy i rodziny, by Słowo Pana zanieść w obce strony...

       Dziś już nie muszą tego robić... Mogą odpocząć! Nie muszą dokonywać kolejnego Exodusu..., wyjścia do nieznanej sobie ziemi, gdyż od dwudziestu wieków owce nie znają głosu obcych, lecz tylko głos Dobrego Pasterza. Depczą Go, bo chciał stać się Drogą... Przeżuwają Go, gdyż zechciał być im Pokarmem... Wchodzą i wychodzą przez Niego, bo uczynił się Bramą niebios, a ruch, który sam przez się jest oznaką życia, stał się dla Niego prawdziwym gwarantem szczęścia... Jeśli nie wychodzisz, nie żyjesz... Owszem, życie w bezruchu byłoby może nawet i bezpieczniejsze, ale wkrótce okazać mogłoby się, że gnijemy w cyrku poczwarek, zamiast występować w cyrku motyli...

     W wideotece znalazłem właśnie taki film, z pozoru o cyrkowych występach, w istocie jednak o wolności! Główny bohater to człowiek bez kończyn, od którego, wedle cyrkowych zapowiedzi, sam Bóg się odwrócił. To człowiek, którego godność zdeptali odwiedzający go cyrkowi gapie..., to dobry interes, biznes, który zwracał się w dwójnasób..., do czasu, gdy w tym poczwarkowym cyrku, swojej stopy nie postawił Mendes - twórca cyrku motyli!

     To postać wyjątkowa, ucieleśnienie Jezusa, który założył nowy cyrk, bo uważał, że nie ma nic ciekawego i interesującego w przedstawianiu światu ludzkich niedoskonałości. Nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za tego człowieka.., za tych ludzi! Mendes, przeciwnie! Wypowiedział egzorcyzm! Wyjdź i wejdź przeze mnie! Nie lękaj się, a im trudniejsza walka, im więcej wysiłku musisz włożyć w swoje uwolnienie, tym wspanialsze i okazalsze będzie twoje zwycięstwo. Zaufaj mi...

       Jeździł zatem po cyrkach świata, by uzdrawiać i uwalniać, bo wiedział, że prawdziwą ludzką tęsknotą jest życie w wolności... Nie inaczej było z Jezusem, którego trudno było zastać za kancelaryjnym biurkiem, czy schowanego w jerozolimskiej bibliotece. Co rusz natomiast można było usłyszeć padające w drodze słowa: Milcz, wyjdź z niego, Effatha...

       I potem dokonywała się rzecz niezwykła... Uzdrowieni, uwolnieni, chociaż nigdy wcześniej nie spotkali Jezusa, podążali za Jego głosem. Nawet, gdy wielu mówiło: milcz, ucisz się, oni jeszcze głośniej wołali Jezusie, Synu Dawida.

       Na jednym z Przystanków Jezus, tak właśnie Pan przyszedł do pewnej prostytutki. Poprzez modlitwę charyzmatycznych kapłanów: Antonello Caddedu i Enrique Porcu, na tę zbrukaną grzechem kobietę spłynęła moc Ducha Świętego, dzięki Któremu całemu obecnemu tam światu mogła wykrzyczeć: Jezus mnie kocha, Jezus mnie uwolnił, jestem motylem...!

        A to niespodzianka! A więc to dziś też się dzieje...? Dzieje się..., a myślisz, że po co Jezus ustanowił Piotra i jego następców? Dzieje się, ale oczywiście tam, gdzie są Pasterze, a nie najemnicy..., lub co gorsza, o czym nie zawahał się napisać św. Jan - złodzieje, którzy strzygą swoje owce, wysysają z nich krew, a gdy wykorzystają do maksimum, porzucają na pastwisku...

       Bo wtedy nietrudno o życiodajny, podnoszący na duchu komentarz, który blisko miesiąc temu, popołudniową porą, usłyszałem pod swoim adresem, w jednym z częstochowskich parków: Jak złodzieje na początku, tak na wieki wieków. Amen.

       Bolało..., ale dla człowieka wiary, wszystko, i to, co dobre, i to, co złe, powinno się jawić, jako drogocenna perła, obok, której nie można przejść obojętnie...

       Wyrzucam zatem stare dziewiątki i kładę je na wierzchu. Wyciągam KRÓLA KIER i zakrywam nim to, czym w tej rozgrywce grać się już nie da! Odnajduję na filmie dzień kapłańskich święceń, gdy Jezus za sprawą biskupiej posługi namaścił mi ręce, bo chcę być Piotrem, poprzez którego na Kościół spływa święty olej i rosa Hermonu. I nasłuchuję... Może ktoś w duchu powie: Jak pasterze na początku, tak na wieki wieków. Amen. AMEN.