I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela. Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: «Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi». A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicze swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: «Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków. Amen!» A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: «Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?» I powiedziałem do niego: «Panie, ty wiesz». I rzekł do mnie: «To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku, i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka».

 

Oto tłumy..., opieczętowane, należące do Boga, mające na sobie Jego pieczęć, słuchające Jego Syna. Owszem, rzecz dokonuje się na górze, lecz gdy ów tłum się rozejdzie, dziać się będzie na dole. Skąd o tym wiem? Czasem wystarczy z głębszym zastanowieniem wykonać banalną czynność przekartkowania kalendarza, by zrozumieć, że imiona w nim zawarte to w większości owe tłumy, które zeszły z góry i narobiły niezłego fermentu w naszym poukładanym świecie.

Wiadomość dnia? Raczej nie... Bardziej interesujące jest to, iż omawiana sprawa już dawno wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli, dlatego kalendarzowe dziś czy jutro nie nadąża z publikowaniem kolejnych imion... A przecież wiemy, że to nie wszystkie, bo świętości nie mierzy się tylko kalendarzowym wpisem...

Chodziłoby zatem o pewne założenie, które sugeruje, iż pozostali święci, ci „niemieszkający na naszych ścianach”, mają jakieś inne, niebanalne lokum... Ukryci przed światem, zachowani przed jego swarliwym językiem, lecz ciągle i wciąż na nowo modlący się w owej zamkniętej izdebce z szóstego rozdziału Mateusza (6,6nn). Bez poklasku wtedy i dziś, bez narzucającej się sławy, pominięci nawet w tych najbardziej pobożnych rozmowach. Niemniej jednak Temu, który jest źródłem i piewcą świętości, tak dobrze znani.

Cudem jest owa intymność świętości, do której nie dotarli nawet najbardziej gorliwi paparazzi... Jednak w prawdziwe zdumienie wprowadza mnie świadomość, iż w ich ślady wstępują wciąż nowi, nieskażeni duchem świata ludzie. To cud, że oni ciągle tu są! Inni, tak inni jak inny jest Bóg.