Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał na nią i rzekł: «Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba». Na to odrzekła: «Na życie Pana, twego Boga, już nie mam pieczywa, tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi strawę. Zjemy to, a potem pomrzemy». Eliasz zaś jej powiedział: «Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i wtedy mi przyniesiesz. A sobie i twemu synowi zrobisz potem. Bo Pan, Bóg Izraela, rzekł tak: «Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię». Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień. Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się według obietnicy, którą Pan wypowiedział przez Eliasza.

 

Ostatnia garść mąki, ostatnia kropla oliwy – takie nic, stają się naprawdę czymś, bo jest w nich człowiek. Zobaczyć to ponad pozorami, codzienną matematyką, ludzką logiką... Zobaczyć miliony matek przygotowujących codzienne śniadania swoim dzieciom, zauważyć, że rodzice nie spożywają pełnych porcji, lecz odbierają sobie kawałek chleba, choć wiedzą, że jutro czeka ich kolejny, nie mniej pracowity dzień, zrozumieć miłość, pełną...

W znalezionej na półce książce czytam: (…) deszczowy wieczór, kolacja, oliwna świeca... Wszyscy wokół jednego stołu, wokół jednego talerza. Czuliśmy wzajemną bliskość. Wiedzieliśmy, że bardzo się potrzebujemy. Rodzice za każdym razem, gdy ich dłonie dotykały wspólnego naczynia, spożywali jakby mniej... Myśleli, że nie zauważymy, ale nie przeszło to naszej uwadze. Byliśmy wzruszeni. Karmili nas pracą swych rąk, obficie. To nie była zwyczajna miska zupy, oni dawali nam siebie.

W blasku oliwnej świecy, dla tych niewinnych dziecięcych oczu, wszystko stawało się jasne.