Myślał o nim jak o swoich rekolekcjach, na które od dłuższego czasu czekał. Potrzebował czasu tylko dla siebie – bez spraw zawodowych, rodzinnych, towarzyskich. Tylko on i Bóg.

    Już na samym początku okazało się, że te rekolekcje będą nietypowe. Ludzie zjechali z całej Polski. Na pytanie prowadzących o oczekiwania, wszyscy odpowiadali: „chcę ewangelizować!”. Tylko Mateusz miał zamiar „uporządkować swoje życie”. W ogóle nie myślał, że może kogoś ewangelizować – wydawało mu się, że to właśnie on ewangelizacji potrzebuje. Nie mylił się, bo nie spełniał pierwszego warunku, który ewangelizatorowi jest konieczny: doświadczenie Bożej miłości. Kiedy Mateusz się zastanawiał, czy ma takie doświadczenie, czuł, że odpowiedź jest oczywista: „gdybym je miał, to chyba bym wiedział…”.

   „Nie byłeś wcześniej na kursie „Filip”? To jak ty znalazłeś się na „Pawle”?” – dopytywali się niektórzy. Sam nie do końca wiedział, co odpowiadać, ale dziwiło go to, że na jakimś weekendowym „szkoleniu” (tak trochę rozumiał tę nomenklaturę: „kurs”, „szkoła nowej ewangelizacji”, itp.) można doświadczyć Bożej miłości. Nie wierzył w to. Ale nabrał przekonania, a głosy pozostałych uczestników go w tym umacniały, że nie przyjechał na ten kurs bez powodu, że Pan Bóg ma dla niego jakiś plan. Od zakończeniu kursu minęło już trochę czasu, a w Mateuszu pozostało wielkie pragnienie doświadczenia Bożej miłości. „Jak doświadczyć Bożej miłości? Jak pokonać najdłuższą drogę – z głowy do serca?” – zastanawiał się.

***

    Marcin Jakimowicz w swojej najnowszej książce pisze, że „ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym”. A cytując bp. Grzegorza Rysia, przekonuje, że chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. „Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą”.

    „Pan Bóg? Uwielbiam! 44 dobre wiadomości” to książka o konkretnym działaniu Panu Boga w życiu konkretnych ludzi. Ten konkret to zabranie bólu głowy, nowotworu czy wydłużenie wyraźnie krótszej nogi. W ten sposób realizują się Boże obietnice: „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18). 

   „Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi” – pisze Jakimowicz. Cuda gonią za chrześcijanami nadal. Tam, gdzie ich wiara jest pierwsza, przed chęcią oglądania spektakularnych cudów. Tam, gdzie najpierw jest bezwzględne zaufanie Jezusowi, tam dzieją się cuda, które miały miejsce też dwa tysiące lat temu – są na to świadkowie. To zresztą wydaje się być normalne, bo Bóg jest wierny swoim obietnicom i dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

   Dlaczego więc nie każdy, kto prosi, zostaje uzdrowiony. Dlaczego nie każdy, kto modli się o uzdrowienie dla innych, zostaje wysłuchany?

    Jakimowicz opisuje Bożą interwencję ze swojego rodzinnego domu, kiedy to z żoną modlił się nad córką, aby opuściła ją potężna migrena. „Prosiliśmy z wiarą (tak nam się wydawało – jak to zresztą sprawdzić?)”. W innym miejscu dziennikarz „Gościa Niedzielnego” cytuje Marcina Zielińskiego ze wspólnoty Głos Pana: „Kiedy w jednej ze skierniewickich parafii  ś w i a d o m i e  [podkreślenie moje – PR] zaprosiłem Pana Jezusa do swojego serca, jeszcze tej samej nocy zostałem uwolniony od starych grzechów i przywiązań”. To wydaje się być kluczowa sprawa – kiedy modlimy się „z wiarą”? kiedy modlimy się „świadomie”? Czy po ludzku możemy coś zrobić, żeby modlić się świadomie i z wiarą?

   Wiara jest łaską. Zieliński mówi także, co jest kluczem do przełomu. „Wytrwałość, cierpliwość i wiara w Boże obietnice”. Nasza modlitwa – a ta, którą ma na myśli dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, to modlitwa uwielbienia – musi być wytrwała i cierpliwa. To łatwo powiedzieć, gdy wszystko w życiu człowieka się układa i czeka tylko na jedno – żeby dotknął go Bóg. Ale jak uwielbiać Boga, kiedy nasze życie można porównać do nędzy Hioba? Nie wiem, ale bohaterowie książki Marcina Jakimowicza udowadniają, że wielbienie Boga możliwe jest w każdym położeniu człowieka. Czy to już nie jest ta wiara, która urzeczywistnia Boże obietnice w naszym życiu? „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie (…). Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! (por. 1 Tes 5, 16-20).

***

     Mateusz wrócił z kursu „Paweł” z wielkim pragnieniem doświadczenia Bożej miłości. Książka „Pan Bóg? Uwielbiam!”, którą zaraz później zaczął czytać, tylko potęgowała to pragnienie. Bo na doświadczenie człowieka, który po spotkaniu Boga przez sześć dni nie śpi i nie je, można zareagować tylko w jeden sposób: „też tak chcę”.

   Mateusz o rekolekcjach i pragnieniach, które w nim wzbudziły, opowiedział swojemu dobremu znajomemu. Łukasz zareagował lekkim lekceważeniem i powiedział: „jak już będziesz wiedział, jak doświadczyć Boga, jak doprowadzić do spotkania z Nim, to podziel się – też bym tego chciał doświadczyć”. To błędne myślenie. Pan Bóg widzi serce każdego z nas i przyjdzie wtedy, kiedy uzna, że to jest ten moment. Ja nie mogę przygotować się na to spotkanie. Nie mogę się obudzić pewnego dnia z wewnętrznym przekonaniem: „tak, to będzie dziś o 11.35”. Kto wie, może cyniczny Łukasz szybciej doświadczy tego, o czym tak intensywnie marzy Mateusz?

    Michał Lorenc, kompozytor muzyki filmowej, przywoływany przez Jakimowicza, mówi, że przez kilkadziesiąt lat nie był w kościele. Trafił do niego ponownie, jak poproszono go, by został ojcem chrzestnym. W momencie Komunii Świętej wydarzyło się coś, czego nie potrafi nazwać: „To był stan ogromnego pokoju, odjechałem w inną rzeczywistość”. Te doświadczenia są nie do opisania – z jednej strony bardzo intymne, z drugiej – wymykające się ludzkiemu językowi, niepodobne do wszystkiego innego tak, że trudno znaleźć porównanie, analogię. Czy to nie potęguje tego pragnienia: „ja też tak chcę”?

     Bohaterowie książki Jakimowicza – i on sam – opisują te wyjątkowe doświadczenia jako mgnienie, spotkanie, które realnie trwało kilka sekund, może minutę. Ale to było coś takiego, co dla nich trwało wieczność. To jest doświadczenie, do którego na drodze wiary mogą się odnosić, mogą powracać i to jeszcze ze świadomością, że to tylko przedsionek nieba, że to jedynie przedsmak tego, co przygotował dla nas Pan Bóg.

    Samo pragnienie doświadczenia Bożej miłości to chyba połowa sukcesu. Świadomość dążenia do Boga, to bardzo dużo. Mateusz postanowił, że będzie uwielbiał Pana Boga i prosił o łaskę wiary, bo pamięta, że On jest wierny swoim obietnicom. Dołoży do tego jeszcze modlitwę pewnej siostry zakonnej, znajomej Marcina Jakimowicza: „Panie Jezu, staraj się o mnie, bo masz wielu konkurentów”.