Fundacja w tej chwili regularnie co miesiąc przekazuje 30 tys. dolarów na potrzeby sierocińca (zaczynali od 2 tys. USD, a w ciągu półtora roku działalności przesłali już w sumie ponad 1,5 mln zł, wliczając w to akcje specjalne, takie jak np. zakup ambulansu). „Siostry nie mają już dylematów, czy opłacić szpital, czy kupić jedzenie. To nas ogromnie cieszy!” – mówi Hołownia.

     „Efektem Kasisi” jest druga fundacja założona we wrześniu ubiegłego roku. Dobra Fabryka, bo tak się nazywa, wspiera finansowo hospicjum w Rwandzie i szpital w północnym Kongo, prowadzone przez polskie Siostry od Aniołów. O swoich obu fundacjach opowiada sam Szymon Hołownia.

 

Założona przez Pana Dobra Fabryka funkcjonuje od czterech miesięcy. Ile dobra już wyprodukowała?

     Gdy otwieraliśmy Dobrą Fabrykę, myśleliśmy o wpłacaniu 5 tys. euro miesięcznie na hospicjum w Kabudze i 10 tys. dolarów na szpital w Ntamugendze. W grudniu doszliśmy do poziomu 4 tys. dolarów i 4 tys. euro, co było możliwe dzięki ludziom, którzy zdecydowali się założyć stałe zlecenia na pięć złotych w każdy piątek w ramach akcji „Przybij nam 5. w piątek!”. W styczniu wyślemy w oba miejsca w sumie około 40 tys. dolarów, co będzie możliwe dzięki przedświątecznemu szaleństwu w uruchomionym przez nas w grudniu pierwszym w Polsce „Sklepie z dobrem” – DobroCzynne24.pl, gdzie można sfinansować dzień pobytu w hospicjum, worek krwi do transfuzji, wyprawkę dla noworodka i dziesiątki innych potrzeb naszych podopiecznych. Jeśli sklep będzie się dobrze kręcił, może uda się ten zakładany poziom stałych dotacji osiągnąć w miarę szybko. Potrzeb jest mnóstwo w jednym i drugim miejscu.

 

Czy można mówić o sukcesie?

     Fundacja Dobra Fabryka istnieje od czterech miesięcy. Zgromadzenie takiej liczby życzliwych ludzi, otwartych na niełatwy temat, jakim jest hospicjum oddalone od Polski o kilka tysięcy kilometrów czy wiejski szpital w kompletnie zapomnianej miejscowości praktycznie w warunkach wojennych, mogło się wydawać trudne do sześcianu. Ale mimo tego udało się przekazać siostrom wsparcie, które już odsunęło wizję zamknięcia tych placówek. I to jest olbrzymi sukces. Jeśli Pan Bóg pozwoli, to pod koniec roku, jak ustabilizujemy tę sytuację, będziemy mogli myśleć o rozwoju tych ośrodków.

    To jest fantastyczne, że w tej chwili mogę przesyłać co miesiąc pieniądze, które pokrywają rachunki za szpital dla kilkuset osób. Finansujemy kilkadziesiąt porodów miesięcznie kongijskim kobietom i 75 procent kosztów pozostałych procedur w szpitalu. Nie ma większej satysfakcji niż świadomość, że można tym ludziom pomóc, podarować im kolejny dzień. Podobnie jest w hospicjum – pierwszym i jedynym w Rwandzie, które właściwie dopiero uczy się być hospicjum ale uczy też Rwandę, co to jest hospicjum. Dobra Fabryka nie chce być oparta tylko na mentalności „projektowej”; projekty są bardzo potrzebne, ale my wiemy, że tym siostrom najbardziej potrzebne jest stałe, comiesięczne wsparcie, które pozwala nabrać oddechu, złapać perspektywę szerszą niż dzień czy kilka dni. Ze środków, które przekazujemy, pokrywane są m.in. materiały medyczne, pensje dla pracowników, ale też np. zafundowaliśmy 15-letniemu chłopcu choremu na stwardnienie zanikowe boczne indywidualną nauczycielkę i dzięki temu jego życie nabiera nowego blasku. Przez ten czas udało się wyprodukować dużo dobra a liczę, że w tym roku uda się zrobić tego jeszcze więcej, bo potrzeby są ogromne.

 

Najlepszą metodą walki ze światem złym jest tworzenie świata dobrego – to hasło Dobrej Fabryki.

     Zakładając Dobrą Fabrykę, chciałem, żeby „efekt Kasisi” rozlał się na szersze wody, żebyśmy mogli większej liczbie ludzi pokazać – nie powiedzieć, pokazać – że metodą walki ze złem jest robienie dobra. To jest też bardzo polskie, bo to jest Popiełuszkowe – nie gadaj o złu, nie nakręcaj się ale „zło dobrem zwyciężaj”. My nie chcemy pokazywać, że w Rwandzie było ludobójstwo, i że ludzie tam cierpią, ale pomagać polskim siostrom w opowiadaniu, co praktycznie znaczy godność człowieka do samej śmierci. W Kongo nie pomstować, że świat jest taki a nie inny, tylko iść i leczyć tych, których codziennie ten świat krzywdzi i okazywać szacunek dla ludzkiego życia tym razem u jego początku, pozwalając kobietom rodzić dzieci w godnych, bezpiecznych warunkach. Nie gadać, robić.

 

Darczyńcy Dobrej Fabryki właściwie codziennie są informowani na Facebooku, jak ich pieniądze są pożytkowane.

     Ja wiedziałem, że to nie może być kolejna organizacja, pomagająca zbawiać świat. My nie jesteśmy od zbawiania świata, my chcemy służyć ludziom. Kontaktować ludzi z ludźmi. Naszym zadaniem jest budowanie maszyny: ktoś małą kroplę dobra wkłada do rurociągu, który zaczyna się tu w Polsce, krople się spotkają i tworzą strumień, który napędza elektrownię wodną, a ta daje prąd komuś w Afryce. To jest pomoc człowieka człowiekowi. Chciałbym, żeby ci ludzie znali nawzajem swoje twarze. To jest trudne, bo trzeba to zorganizować, a po drugie nie złamać prywatności tych, którym pomagamy, nie okraść ich z godności, nie zrobić z nich obiektów naszego współczucia czy, nie daj Boże, litości.

      Cykl „Człowiek z rana” nie został wymyślony przeze mnie jako narzędzie, nie powstał przy biurku, on zrodził się w biegu, w pracy. Gdy byłem na miejscu, gdy jestem na miejscu, gdy spotykam tych naszych pacjentów, czuję że każdy z nich to fantastyczna, osobna historia. Że to człowiek, którego warto poznać. Nie mogłem trzymać tego dla siebie, wrzucałem więc zdjęcia i opowiadałem historie o tych ludziach. To zostało bardzo dobrze przyjęte w Polsce. Ba, to zostało bardzo dobrze przyjęte przez samych zainteresowanych – gdy pokazuję im ich fotę umieszczoną na Facebooku, to oni bardzo się cieszą, a mnóstwo komentarzy pod nią dodaje im otuchy. Właśnie tak było, gdy umierał Franek – nasz ulubiony wychowanek, a dziś patron w niebie. Dokładnie rok temu, 7 stycznia byłem w Kasisi i wrzucałem jego zdjęcia. Był bardzo chory. Ludzie życzyli mu dużo sił, wspierali go, mówili, że modlą się za niego – on to widział, czytaliśmy to razem. Ile mu to sił dawało... Niesamowite, jakie narzędzia daje nam do ręki cała nowoczesna komunikacja.

 

Pan pośredniczy w tej komunikacji między podopiecznymi fundacji a ich darczyńcami. Wykorzystuje Pan do tego swoje talenty i umiejętności zawodowe. Ale obie fundacje to w gruncie rzeczy efekt tego, że chciał Pan przestać opisywać brutalną rzeczywistość, a zacząć ją realnie zmieniać. Co takiego się wydarzyło?

     Po 20 latach gadania każdy by się zmęczył. Jeśli otworzyła się przede mną taka możliwość i był moment, w którym mogłem pokusić się o zrobienie czegoś takiego, to po prostu zacząłem to robić. Nie ma w tym wielkiej filozofii, ale muszę też przyznać, że bardzo mi się to spodobało. Pozwala mi to wykorzystać wszystkie umiejętności, które nabywałem do tej pory – pisząc i gadając jako dziennikarz, studiując psychologię, ucząc się ratownictwa medycznego.

     To s. Małgorzata Chmielewska uwrażliwiła mnie na to, że biedni ludzie to po prostu adres Pana Jezusa, drugi po Eucharystii. To gdzieś mocno we mnie zapadło. W tej chwili nie wyobrażam sobie czegoś ważniejszego niż ta możliwość, która została nam dana, czyli konkretnego zmieniania świata a nie opowiadania o tym, że jest zły. Ja nie chcę wziąć od ludzi kapitału, samochodów, jachtów; ja nie przekonuję ich, że powinni pozbyć się wszystkiego, przestać jeździć na drogie wakacje i żyć w umartwieniu. Nie, ja tego nie chcę, bo sam tego nie potrafię. Ja chcę, żebyśmy potrafili żyć uważnie, żebyśmy wykorzystywali drobiazgi, które często marnujemy. Drobne, które przeciekają nam gdzieś między palcami. Najpierw wykorzystajmy tę energię, którą marnujemy a później zajmijmy się całą resztą. Chciałbym, żeby Dobra Fabryka nie poprzestała na tych dwóch miejscach, którym pomaga teraz.

 

Jakie ma Pan plany?

    Teraz mam pomysł na dwie drobne rzeczy, które nie naruszając niczego, co robimy w Afryce, mogłyby pomóc ludziom w Polsce. Zupełne drobiazgi, które mogą sprawić, że ludziom będzie żyło się lepiej. My jesteśmy zorientowani na pomoc polskim misjonarzom, ale gdy zobaczę jeszcze inne pole, które można obrobić tym dobrem, jakimś niewielkim kosztem, to natychmiast się na nie rzucę. Formuła Dobrej Fabryki daje nieograniczone możliwości myślenia nad dobrem, robienia dobra, kombinowania wokół dobra.

 

To co wykombinował Pan dla Polski?

      Mój przyjaciel franciszkanin o. Filip Buczyński, prowadzi Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia w Lublinie. On ma program spełniania marzeń swoich małych pacjentów, a finansuje go ze zbiórki nakrętek, jest w tym największym specjalistą w Polsce, jakiego znam. My na cele naszych podopiecznych nie zbieramy nakrętek, bo nie mamy do tego infrastruktury, ale każdy z nas te nakrętki w domu ma. Ludziom, którzy nas wspierają, już zapowiedziałem, żeby odkładali nakrętki. W Dobrej Fabryce zrobimy dział nakręcania i będziemy starali się nakręcać tę wspaniałą działalność, którą prowadzi Filip.

      Druga rzecz, o której myślę, to współpraca z jedną z polskich fundacji, która zajmuje się pomocą bezdomnym. Chodziłoby o kupowanie jednej dodatkowej rzeczy w czasie zakupów. Ale to jest pieśń przyszłości. Moim problemem jest za dużo pomysłów, a za mało mocy produkcyjnych. Doprowadziłem do tego, że moi współpracownicy, którzy mają mnóstwo genialnych pomysłów, boją się o tym mówić, bo wiedzą, że będę żądał ich realizacji natychmiast. Nie chcę ich frustrować tym, że z mediów dowiadują się o kolejnych moich ideach.

      Ech, gdybym miał milion złotych, gdyby przytrafił mi się spadek, albo złota rybka, to nie kupiłbym nowego samochodu, ale wszystko wpuściłbym w fundację! Nie po to, żeby od razu kupić rzeczy niezbędne w Afryce, ale żeby zbudować fajne narzędzia, które ludziom pomogłyby pomagać! Wraz z moimi współpracownikami mamy tonę pomysłów na super narzędzia, które można stworzyć na stronie internetowej, na aplikacje mobilne, które służyłyby do robienia dobra na tym świecie. Gdybym tylko miał bańkę, to zrealizowałbym większość pomysłów, które chodzą mi po głowie i one by pracowały, jak pracują dotychczasowe – „Spiżarnia Kasisi”, sklep DobroCzynne24.pl,  czy jak za chwilę zacznie pracować „Garaż”.

 

Co będzie działo się w „Garażu”?

    W Fundacji Kasisi odpaliliśmy fantastyczną rzecz – „Garaż” służy do obsługi samochodów używanych przez siostry (m.in. ambulansu czy samochodów do transportu dzieci). Można wejść do garażu, nalać paliwa, sprawdzić, czy jest płyn w chłodnicy, czy może już czas oddać samochód do serwisu, etc. Parę dni temu dopięliśmy do tego program lojalnościowy – za każdą wpłatę, czyli za tankowanie, uzyskuje się kilometry, które z kolei prowadzą po mapie Zambii. Dzięki przygotowanym przez nas filmom można zobaczyć Wodospad Wiktorii, wejść do skansenu, spotkać się z rybakiem, itd. Mam nadzieję, że to dostarczy ludziom mnóstwa przyjemności, że będą nas wspierać i zwiedzać Zambię.

 

A w przypadku Dobrej Fabryki będziecie tylko rozwijać projekty, które już są prowadzone?

    Ależ skąd! Chcemy rozbudować sklep z dobrem o zwyczajne przedmioty, które można by kupić. Mam dużo towaru i pomysły na jeszcze więcej. Są np. przepiękne plecione misy, które robi dziewczyna, mieszkająca w pobliżu hospicjum w Kabudze. Kobieta poważnie choruje, ma dwójkę dzieci na utrzymaniu, a misy to jedyne źródło jej utrzymania. Chcielibyśmy wykupywać całą jej produkcję i dawać jej po prostu utrzymanie.

     Ostatnio przywiozłem trochę tkanin batikowych, które kupiłem w Kongo. Z Fundacją Rak’n’Roll zrobiliśmy warsztaty dla kobiet chorych na nowotwór. Po chemioterapii kobiety straciły włosy. Zorganizowaliśmy kurs wiązania chust na sposób afrykański z kolorowych batików. Panie były przeszczęśliwe, bardzo im się te tkaniny podobały. Chcielibyśmy je dystrybuować w Polsce. Sklep po prostu zacząłby prowadzić tradycyjną sprzedaż, której przychód zasilałby działalność fundacji.

      Mamy sporo pomysłów na ogarnięcie jednej z podstawowych potrzeb hospicjum w Kabudze, czyli zabezpieczenia wodnego. Do Dobrej Fabryki chcemy dołączyć „Zakład energetyczny”, który wreszcie pozwoli wyposażyć w prąd szpital w Ntamugendze. Pomysłów jest mnóstwo, musimy realizować je po kolei i mając świadomość, że mamy do obsłużenia dwie fundacje, a w każdej jest de facto po pół zarządu i po jednym etatowym pracowniku. To wymaga wielkiej dyscypliny i ogromnego zaangażowania.

     Zależy mi na rozwijaniu programu „Drużyny Aniołów”, który został zasygnalizowany w Dobrej Fabryce. Chodzi o związanie ludzi z personelem hospicjum i szpitala. Zostajesz aniołem stróżem np. pielęgniarza czy lekarza w Kongo, czyli troszczysz się o wszystko, co jest obszarem jego działalności – zbierasz środki na leki, wspierasz go, pytasz, co u niego słychać.

 

Wszystkie ośrodki, które wspierają Pana fundacje są prowadzone przez siostry zakonne. Jakie to ma znaczenie?

     Kasisi zaczęło się od mojego zakochania w tym miejscu i tamtych ludziach. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego się zakochałem. Misjonarki, z którymi współpracują nasze fundacje, są po prostu fantastyczne – robią fantastyczną robotę i są dla mnie wzorem chrześcijanina. Nie gadają o tym, w co wierzą, ale tym żyją i efekty tego widać w szczęśliwej zakonnej wspólnocie, w maksymalnie szczęśliwych, choć tak ciężko doświadczonych wcześniej przez los dzieciach.

       Po drugie, one są na miejscu i doskonale znają tamtejsze warunki. Przyjęliśmy model wspierania zagranicznych ośrodków prowadzonych przez misjonarzy – to jest ich samochód, oni decydują, w którą stronę skręcić, a my dostarczamy paliwo. My przesyłamy pieniądze z sugestią, na co zostały zebrane, ale to siostry decydują o ostatecznym wykorzystaniu środków – to jest zrozumiałe i jasne; zaznaczamy to we wszystkich naszych regulaminach. Nie możemy kupować im kolejnego inkubatora, kiedy np. nie mają chleba dla dzieci. My się nie wymądrzamy, staramy się iść krok za potrzebami, które sygnalizują siostry.

 

Pan te miejsca bardzo dobrze zna, odwiedza je Pan regularnie.

     Polscy misjonarze robią na świecie genialną robotę. Przed otwarciem Dobrej Fabryki byłem w wielu miejscach. Ale te konkretne wybrałem bardzo uważnie, bo je poczułem. Wiem, że wszystkie trzy w jakimś sensie są teraz moim domem.

   Mam nadzieję, że dzięki temu uda się opowiedzieć ludziom, jak może wyglądać dzisiaj chrześcijaństwo. Jesteśmy przejedzeni słowami, pojęciami, emocjami i sporem, a potrzebujemy konkretu. Te siostry przywróciły mi wiarę w człowieczeństwo, w to, jak powinna wyglądać praktyczna walka o ludzkie życie, jak się głosi Ewangelię. I jedne i drugie siostry dały mi pozytywnego kopa i nowe spojrzenie. Moje zawodowe życie, oparte przez ostatnich dwadzieścia lat na gadaniu, zyskało zupełnie nowy oddech. Jeśli dały mi, to może dadzą jeszcze komuś.