1 Sm 3, 3b-10. 19 Powołanie Samuela

Samuel spał w przybytku Pana, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: «Oto jestem». Pobiegł do Helego mówiąc mu: «Oto jestem: przecież mnie wołałeś». Heli odrzekł: «Nie wołałem cię, wróć i połóż się spać». Położył się zatem spać. Lecz Pan powtórzył wołanie: «Samuelu!». Wstał Samuel i pobiegł do Helego mówiąc: «Oto jestem: przecież mnie wołałeś». Odrzekł mu: «Nie wołałem cię, synu. Wróć i połóż się spać». Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pana nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: «Samuelu!». Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: «Oto jestem: przecież mnie wołałeś». Heli spostrzegł się, że to Pan woła chłopca. Rzekł więc Heli do Samuela: «Idź spać. Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”». Odszedł Samuel i położył się spać na swoim miejscu. Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak poprzednim razem: «Samuelu, Samuelu!». Samuel odpowiedział: «Mów, bo sługa Twój słucha». Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię.

 

     Gdzieś natrafiłem na taką oto filmową scenę...: parę godzin po odkryciu faktu zmartwychwstania Chrystusa przez Piotra i Jana, ten pierwszy wraca do domu, zamyka za sobą drzwi i wyciąga z nich olbrzymi klucz... Patrzy nań chwilę, a potem odkłada na półkę. W ciągu tych kilku sekund uświadamia sobie, że skoro słowa o zmartwychwstaniu okazały się prawdą, to słowa o władzy kluczy bynajmniej nie były i nie będą bajką...

     Mówię o tym dlatego, że im dłużej jestem księdzem, tym bardziej odczuwam wagę tych, przekazywanych w apostolskiej sukcesji, kluczy. Z resztą, wszystko się zgadza, bo czyż przysłowie nie mówi, że im dalej w las, tym więcej drzew? I choć do gęstego lasu jeszcze daleko, to już teraz mogę mówić o setkach drzwi, które otworzyłem niczym innym, jak tylko Piotrowym kluczem. Dzięki niemu dane mi było cieszyć się z tymi, którzy się cieszyli, płakać z tymi, którzy płakali..., stałem się częścią ich życia, choć jeszcze chwilę wcześniej byłem im zupełnie obcy.

     To bardzo pobieżny rzut oka na to, czego doświadczają powołani. Podobną, aczkolwiek o wiele bogatszą historię życia, słychać w zaledwie paru wierszach opowiadania, które wydarzyło się w sanktuarium w Szilo. Szczerze mówiąc, to prawdziwy cud, bo jak wskazuje Księga Samuela: w owych czasach Pan rzadko przemawiał, a jeszcze rzadziej objawiał się w wizjach (1 Sm 3, 1). Ni mniej ni więcej znaczy to, że Szilo było pustynią Bożego Słowa. Oprócz literalnego, bo przypisanego prawem, składania ofiar, nic szczególnego się tam nie działo...

      Powie ktoś: nie mogło, bo przecież kapłan Heli był już niedołężnym starcem, którego wzrok osłabł na tyle, że był prawie niewidomy (1 Sm 3, 2). Śmiem jednak twierdzić, że nie chodzi tu o ludzką przypadłość niedowidzenia liter, którą w przystępny sposób skorygowałby współczesny okulista. Bardziej, o niedowidzenie i niedosłyszenie głosu Boga... Nie chodzi zatem o nagły odwrót Boga, któremu coś nie wyszło, a teraz, ratując sytuację, przenosi swoją rezydencję w inne miejsce, lecz o ludzką ślepotę na Tego, Który jest, i Który był i Który przychodzi (Ap 1, 4).

      Wiele wspólnot chrześcijańskiej Europy chciałoby zapewne, by było na odwrót i by odwrót Boga od człowieka można było oficjalnie zatwierdzić..., by stał się on dla nich pewnego rodzaju wymówką przed religijnością. Prawda jest jednak zgoła odmienna..., bo czyż właśnie nie w Szilo, w miejscu, w którym od dawna nie było wizji, Samuel usłyszał Pana?! Skoro tak, to musi również istnieć jakaś wskazówka, która wyjaśni takie, a nie inne postępowanie Boga.

    Może chodzi o szczególny czas nawiedzenia, godzinę, w której należy nasłuchiwać Bożego głosu...? Być może właśnie podczas tej godziny, w Szilo, zamiast słów Pana, rozlegało się głośne chrapanie Helego...? To jednak chyba nie to..., bo przecież dla Boga nie ma lepszego, ani gorszego czasu. Każda pora jest dobra do tego, by dzielić się Ewangelią. Stojących nad Jordanem uczniów nawiedził o dziesiątej, czwartej popołudniu, Samuela przed świtaniem, a mnie jeszcze kiedy indziej..., a czyż sam nie powiedział: Czuwajcie i bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie (Mt 24,42a.14).

     Zatem, trzeba czuwać..., tylko gdzie...? Jest takie miejsce, szczególne... Podczas, gdy Heli spał, z resztą już od lat, na swoim posłaniu, Samuel też spał, z resztą od niedawna, tyle że w świątyni - w pobliżu Arki Pana. Obydwaj spali, żaden z nich nie czuwał, lecz tylko jeden z nich - Samuel, był przeniknięty rzeczywistością Boga. Nawet, gdy fizycznie nie był świątynnym stróżem, zdołał usłyszeć Pana i to pomimo tego, iż nigdy wcześniej Go nie widział, ani też nigdy wcześniej Go nie słyszał...

     Nie chodzi więc nawet o miejsce spotkania..., lecz o samo spotkanie, do którego zawsze, jak do Tanga, trzeba będzie dwojga - zgodnych ciał i chętnych serc. Bez tego spotkania, nie byłoby Samuela. Owszem, żyłby jako jeden z wielu współczesnych mu Samuelów, ale nigdy nie wypełniłby swojego prorockiego powołania.

     Gdyby nie ta noc, gdyby nie to zasłuchanie, umarłby jako nikomu nie znany mężczyzna. Może zaorałby kilka kawałków palestyńskiej ziemi, ale nigdy nie zaorałby świata, nie wyłowiłby tylu tysięcy ludzkich istnień, którym wskazał, że każde pustynne Szilo ma swoją własną studnię, z której może zaczerpnąć tyle wody, ile tylko zapragnie, by nie pragnąć już nigdy więcej...

     Wróćmy jeszcze do początku, do Piotrowego klucza... On też ma sens o tyle, o ile przy jego przekazywaniu, spotkałem Pana. Jak się jednak okazuje, nawet i to nie wystarczy..., bo każde otwarcie drzwi do ludzkiego życia to nowe spotkanie, które prawdziwie będzie nowe tylko wtedy, gdy na nowo usłyszę swoje własne: Samuelu...!