W 1998 roku zrealizowano pomysł, by uhonorować dziesięciu męczenników chrześcijańskich minionego wieku. W tym gronie znaleźli się m.in. Dietrich Bonhoeffer, Martin Luther King czy abp Oscar Romero a także Polak – Maksymilian Kolbe. Do mniej, lub w ogóle nieznanych osób należy Wang Zhiming – protestancki pastor, zamordowany przez chińskich komunistów w 1973 roku.

    Wang Zhiming urodził się w chrześcijańskiej rodzinie chińskiej mniejszości etnicznej Miao. Chodził do kościelnej szkoły. Później wybrano go na kaznodzieję a w latach 50. XX wieku został wyświęcony na pastora – w tym czasie, także dzięki jego posłudze, wielu Miao przyjęło chrzest. W 1966 roku w Chinach rozpoczęła się rewolucja kulturalna a tym samem nasilone prześladowania chrześcijan. Trzy lata później Wang został aresztowany. Historia jego śmierci – jak każdego męczeństwa – jest bardzo dramatyczna, ale rozpala emocje także z innego powodu…

       Pastor został stracony 29 grudnia 1973 roku. Dzień wcześniej rodzinie pozwolono odwiedzić go w obozie. Wyglądał jak szkielet. Ale to on pocieszał zasmuconą rodzinę. Żona przyniosła mu sześć jajek. On krwawiącą ręką dotknął czoła, piersi i ramion kobiety a później rozdzielił jajka – trzy dla niej i trzy dla siebie. Symbolika dla wszystkich była oczywista. Egzekucję bezpośrednio poprzedził publiczny proces. Oprócz Wanga sądzono jeszcze dwóch innych „przestępców”. Pastorowi przecięto język, by nie mógł głosić kazań. Gdy ogłoszono wyrok, tłum zaczął wrzeszczeć: „precz!”, „rozwalić!”. Żołnierze na plecach Wanga zawiesili drewnianą tablicę, na której wypisano jego imię i nazwisko oraz pięć przestępstw, które rzekomo popełnił. Po zastrzeleniu pastora jego ciało zabrali przyjaciele z rodzinnej wsi. Syn otarł chusteczką zakrwawioną twarz ojca. Przez całą noc dom odwiedzali chrześcijanie, którzy wspólnie modlili się przy ciele męczennika.

 

***

     Postępowanie chińskich chrześcijan obarczało zarówno ich samych, ale także całe rodziny. Groźba wobec żony i dzieci była częstym szantażem wobec mężów i ojców. Dziennikarz Liao Yiwu rozmawiał z synem jednego z pastorów z Pekinu. Dziennikarz dziwi się, że Yuan Xiangchen nie poszedł na pewne ustępstwa wobec władzy ze względu na swoją rodzinę. To pytanie nie jest wyrazem zwykłych dociekań dziennikarskich. Liao nie rozumie takiego zachowania na poziomie czysto ludzkim. Sam przesiedział też sporo czasu w więzieniu i nie jest w stanie wyobrazić sobie determinacji, dla której nie skłamałby, czy nie zrobiłby każdej oczekiwanej od niego rzeczy, gdyby przedmiotem szantażu była rodzina czy przyjaciele.

– Dla chrześcijanina największym nieszczęściem jest nie ta katastrofa, która spada na niego na tym świecie, ale zdrada Boga w imię świeckich, ziemskich spraw – starał się to wyjaśnić dziennikarzowi Yuan Fusheng.

– Nie ma usprawiedliwienia dla takiego działania, na skutek którego cierpi cała rodzina – upierał się Liao Yiwu.

– Ale nie odciąłby pan sobie prawej ręki i nie przysiągł, że nigdy więcej nie będzie pan pisać, prawda?

– Nie, oczywiście, że nie.

– To ta sama zasada. Ojciec nie mógł zdradzić swojej wiary, bo wiara była jego życiem. Gdy ktoś traci życie, to co może zostawić rodzinie?

     Liao Yiwu nie był w stanie zrozumieć takich wyborów, bo brakuje mu kluczowego elementu. Brakuje mu wiary.

    Yuan Xiangchen spędził w więzieniu blisko 22 lata. Z chwilą aresztowania męża, jego żona straciła pracę, a całej rodzinie kazano wyprowadzić się z dotychczasowego mieszkania. Ośmioosobowa rodzina musiała się pomieścić na piętnastu metrach kwadratowych. Były dni, w których kobieta nie miała czym nakarmić dzieci.

      „Boże, nie mamy ryżu. Nie mamy mąki. Nie mamy nic do jedzenia. Jutro będzie tak samo. Jeśli chcesz, byśmy tak cierpieli, będziemy posłuszni Twojej woli. Nakarmię je gorącą wodą…” – modliła się żona Yuana. Następnego dnia do drzwi zapukał ktoś nieznajomy i przyniósł w kopercie pięćdziesiąt juanów, co starczało na dwumiesięczne utrzymanie rodziny. Kobieta uklękła i podziękowała Bogu.

 

***

    W 1955 roku w Chinach spalono ponad tysiąc kościołów. Aresztowano kilkadziesiąt tysięcy chrześcijan, a kilka tysięcy stracono za „szerzenie kultu”. Nie można powiedzieć, że wszyscy chrześcijanie zdali wówczas egzamin z wiary. Byli tacy, którzy pod naciskiem władzy zaprzeczali jakoby byli wierzącymi w Boga, inni wręcz wydawali rządzącym byłych współbraci.

    Wielebny Wang Mingdao, gdy dowiedział się, że grożą mu tortury, przyznał się do stawianych mu zarzutów, dzięki czemu natychmiast wypuszczono go na wolność. Jednak poczucie winy, głębokie przekonanie o zdradzie nie pozwalało mu funkcjonować na wolności. „Tortura duchowa była gorsza niż tortury fizyczne”. Wang sam zgłosił się na policję, by ponownie zamknięto go w więzieniu.

 

***

     Liao Yiwu opowieści do „Bóg jest czerwony” zbierał na początku XXI wieku. Wydawać by się mogło, że dotyczą one dalekiej przeszłości – wczesnej młodości jego rozmówców, albo historii ich ojców czy dziadków. Wprawdzie rewolucja kulturalna skończyła się ponad czterdzieści lat temu, to w sytuacji chrześcijan od tamtego czasu tak wiele się nie zmieniło. „Ateistyczny rząd nigdy nie zmienił swojej polityki prześladowań Kościoła, a jego celem jest odseparowanie nas od Stolicy Apostolskiej i od Następcy św. Piotra” – mówił mi zaledwie trzy lata temu kard. Zen Ze-kiun z Hong Kongu, z którym miałem zaszczyt rozmawiać w Krakowie. Fakt może potwierdzać też ostatnia wizyta sióstr zakonnych z Chin, które na zaproszenie polskiego episkopatu przyleciały nad Wisłę, żeby podglądać tutejszą formację osób konsekrowanych. Otóż zakonnicom ze względów bezpieczeństwa nie można było robić zdjęć. „Cierpienie w tym sensie jest dobre, bo prowadzi nas do złożenia naszej ufności w Bogu. Cierpienie także czasami jednoczy ludzi, którzy cierpią” – podkreślał kard. Zen, który w tamtej rozmowie porównał pod względem cierpienia narody chiński i polski.

      Podziwiam moich braci w wierze, którzy w tak ciężkich warunkach mówią „tak” Jezusowi, a mi to często przychodzi z tak wielkim trudem…

 

---

Korzystałem z książki Liao Yiwu „Bóg jest czerwony”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.