Od góry Hor szli Izraelici w kierunku Morza Czerwonego, aby obejść ziemię Edom; podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość. I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.

 

Znak ocalenia – spojrzenie na węża miedzianego. Znak dany przez Boga. Gdy w swoim nieszczęściu Izraelita zwracał się do tego znaku, wyrażał swoje zaufanie do Pana Boga. Może to nędzna wiara wyrażona w tak życiowej potrzebie, ale przecież w takich sytuacjach też nie jest prosto zaufać Panu Bogu. Często szukamy innych rozwiązań. Ale i taka – interesowna – wiara jest ceniona przez Boga i nawet wtedy nie odmawia On swojej łaski.

O tym znaku, już nie w postaci węża miedzianego, a Syna Bożego na krzyżu, będzie mowa w dzisiejszej Ewangelii.